środa, 21 lutego 2018

Antoni Libera "Madame"



Zazwyczaj nie chcę pisać o powieściach, które czytam na Dyskusyjny Klub Książki. Może dlatego, że po długiej rozmowie o lekturze moje zdanie o niej poprzez innych uczestników spotkania może się trochę zmienić. Albo po prostu chcę, by taka książka była wyjątkowa, opisana przeze mnie tylko na żywo. Dzisiaj robię od tego wyjątek, bo pragnę, by jak najwięcej osób poznało i przeczytało „Madame”.



Powieść opowiada historię fascynacji młodego chłopaka, który niedługo ma napisać maturę i rozpocząć dorosłe życie do starszej od niego kobiety, jego nauczycielki i dyrektorki szkoły do której uczęszcza. I jest to naprawdę najbardziej spłycony opis fabuły. Bo tak naprawdę książka to pokazuje fascynację kobietą zachodu, kolorowego ptaka w szarej rzeczywistości PRL-u. Oraz próby uwolnienia się tegoż ptaka z klatki komunistycznego systemu na zachód, do Francji.

Bardzo rzadko zdarza mi się czytać książki, które osadzone są w tym okresie naszej historii. Ogólnie, jak już parę razy wspominałam unikam wszystkiego co powiązane jest z historią, bo parę razu udało mi się na tym sparzyć. Tu realia PRL-u są przedstawione bardzo dobrze. Nie jest to nachalne, z suchą wiedzą podręcznikową, bardziej widzimy życie codzienna, jak ono oddziałuje na ludzi, ogranicza ich. Bohaterowie są tu zamknięci w systemie, z którego trudno się wydostać. To jest celem naszej Madame, kochającej Francję, jednak uwięzionej w szarościach PRL-u. I nie tylko jej. Jednocześnie widzimy obłudę i zakłamanie ludzi partii, robiących wszystko, by się dorobić, pozujących przed bardziej rozwiniętymi krajami chęcią współpracy.

Powieść pełna jest smaczków, małych niuansów. Widoczne są one przy opisywaniu realiów: gdzieś pojawia się radio Wolna Europa, gdzieś deklamacja sztuki złożonej z fragmentów zagranicznych dramatów czy piosenka zagrana pod koniec apelu pokazujące sprzeciw wobec systemu. Ale nie tylko tu widać taką grę szczegółów i niedomówień. Szczególnie wybrzmiewa to w relacji między głównym bohaterem a nauczycielką, przypominającą wręcz partię szachów, dziejącą się bardziej w wyobraźni bohatera niż prawdziwych wydarzeniach. Ma on bowiem tendencje do analizowania każdego ruchu Madame, nadając mu głębszy sens, szukając analogii w otaczającej go literaturze, interpretując sztukę przez pryzmat jego sytuacji. Czy naprawdę jest chemia między bohaterami? Nie, dla mnie to bardziej zauroczenie, przeradzające się w podziw, walkę i obsesję. Bohater chce wiedzieć wszystko o swojej nauczycielce, co kryje się pod maską chłodu i obojętności, jaką ma historię. Chcę ją tym zaatakować, zdzierając maskę spokoju z jej twarzy. Czy mu się to udaje? Tego już nie mogę zdradzić.

Będąc już przy bohaterze, ma on dużo z autora, wydarzenia te bowiem są zaczerpnięte z życia Antoniego Libery o czym czytelnik może dowiedzieć się w posłowiu. Jest to postać niezwykła, inteligentna, sprytna i oczytana, radząca sobie w systemie, potrafiąca go delikatnie obejść, by zdobyć to, co chce. A chce wiedzieć wszystko o Madame. Powieść w dużym stopniu to interpretacja życia i zachowań nauczycielki przez pryzmat jego wiedzy i doświadczeń, znajomości sztuki, przez którą to postrzega świat. I tu mój jedyny zarzut do powieści – bohater jak na swój wiek jest niezwykle oczytany i obyty ze sztuką, wręcz aż nazbyt, co odbiera mu odrobinę realności. Z drugiej strony jednak właśnie przez kwestię tych licznych nawiązań książka jest tak wyjątkowa.

Będąc przy tym, powieść Libery w sposób nienachalny przekazuje nam niezwykle dużo informacji o artystach czy ich dziełach. Możemy obejrzeć wystawę Picassa, mając jej niezwykłą interpretację (oczywiście zaraz przełożoną na historię z Madame), pójść na sztukę do teatru czy dowiedzieć się ciekawej historii narodzin Artura Schopenhauera. Jednocześnie przekazane jest to z taką fascynacją bohatera i zarazem narratora, że chętnie o tym czytamy. O dziwo, nawet fragment historyczne (wojna domowa w Hiszpanii) został ukazany przez autora tak, że mnie zainteresował.

O samej Madame wiemy niewiele. Jest to postać, która i nas zaczyna fascynować, jej dziwna przeszłość, obecne powiązania i próby ucieczki, wyłamania się z systemu. Sam czytelnik zaczyna się nią fascynować, dowiedzieć się o niej jak najwięcej. I małe gesty, małe wydarzenia rozdmuchane są tu do rangi legendy. O tym również jest ta historia – wyolbrzymianiu i mitologizowaniu niby małych, nic nie znaczących historii, które jednak wpływają na nasze całe życie.
Podsumowując, jak chyba widać, „Madame” mnie oczarowała. Niesamowicie mnie wciągnęła, choć jej czytanie zajęło mi trochę czasu, przedstawiła ciekawy okres historyczny, jego obłudę i przeraźliwość systemu, zafascynowała światem sztuki, pomagającej interpretować codzienne życie. Dla mnie to powieść wspaniała i wielowątkowa, porażająca znaczeniem małych gestów, wielkością subtelnych gier słownych czy wydarzeń. Zdecydowanie ją polecam!
Moja ocena - 9/10 
Pozostaje żałować, że to jedyna powieść tego autora.
Do następnego postu!
S.

środa, 14 lutego 2018

O romansach słów kilka



Dzisiaj walentynki! Jedno z najbardziej komercyjnych, ale też najbardziej uroczych świąt w roku. Bo choć wszędobylska obecność serduszek różu i czerwieni działa mi trochę na nerwy to muszę przyznać, że maleńka, romantyczna część mojej duszy cieszy się na myśl o tym, że tego dnia każdy docenia swoje miłości.

I myślę, że każdy docenia to uczucie, nawet jeśli obecnie nie jest w związku. Czy już w czasach dzieciństwa baśnie nie ukazywały nam magii miłości? Osobiście byłam wielką fanką „Kopciuszka” i pewnie marzyłam o takim księciu. Teraz gustuję w mniej ckliwych historiach, choć zdarza mi się, raz na ruski rok, przeczytać coś z kategorii „romans”. Zazwyczaj upewniam się licznymi opiniami, że mnie to nie zawiedzie, bo po co jeszcze utrudniać sobie lekturę gatunku, do którego nie jestem przekonana.

Choć raczej od książek o tej tematyce wolę filmy. Wydaję mi się, że przez obraz często uczucie łatwiej ukazać. Spojrzenia, gesty, to co podkreślić umiejętnie w powieści jest trudno od razu wybrzmiewa w filmie. Poza tym (prawie) na pewno nie spotkamy się z narracją pierwszoosobową oczami irytującej bohaterki, co czasem zdarza się w papierowych romansach.

Ekspertką w dziedzinie filmów nie jestem, ale musze z całego serca i tutaj polecić „Tamte dni, tamte noce”. Ostatnio trąbię o tej produkcji w każdym skrawku Internetu, ale naprawdę, dawno nie czułam takich emocji podczas seansu. Ale cóż, o nim będzie jeszcze parę słów w najbliższym czasie na blogu. 

Tak myśląc o romansach zauważyłam, że dzielą się na dwie kategorie – te urocze i te wstrząsające. Oczywiście te motywu łączą się w różnej ilości, ale zawsze jedna rzecz przewyższa. Tak na przykład „Zakazane życzenie” pamiętam jako totalnie urocze, a „Inne zasady lata” pomimo ogromnych pokładów słodkości również mocno mną wstrząsnęły. Myślę jednak, że to, jak odbiera się romans zależy też od człowieka, jego wrażliwości i preferencji.

Ale czemu aż ludzie zazwyczaj lubią czytać romanse? Powodów wymyśliłam parę. Zaczynając, większość chciałaby po prostu to przeżyć. Stąd popularność takich książek jak „50 twarzy Greya” czy „Zmierzch”. Mężczyzna spełniający większość zachcianek kobiety, kupujący jej niewyobrażalne ilości prezentów, z drugiej strony by dodać dramatyczności musi mieć mroczną tajemnicę. I odrobina zakazanego owocu. Przyznam, że pomimo częstego hejtu na te książki rozumiem ich mechanizm. Mają wywoływać mocne emocje. A to czy są mądre, pouczające, czy infantylne i naiwne zostawiam już każdemu do osobistej oceny.

Przechodząc do emocji, to właśnie na ich odczuwaniu ma skupić się czytelnik romansów. Wydaję mi się, że jeżeli jest on dobrze napisany powinien ich rodzić jak najwięcej, zarówno łez wzruszenia jak i złość na wydarzenia dziejące się nie po myśli czy zadowolenie. Przecież to są powieści o uczuciach, silnych namiętnościach, które targają nie tylko bohaterami, ale również czytelnikami poznającymi ich losy.

Poza tym miłość to jest coś, czego każdy z nas w pewien sposób już doświadczył i jest już nam znana. Dlatego łatwiej się nam w to angażować, zagłębiać. Kiedy czytając fantasy musisz skupiać się przy poznawaniu świata i jego istot to romans pojmuje się intuicyjnie. I nie tylko to. Bo czy nie lubimy czytać ogólne o relacjach międzyludzkich – przyjaźniach czy miłości w rodzinie też. Po prostu znamy to z autopsji i budzi to duże emocje.

Pomimo, że z okazji walentynek dość żywo piszę o romansach sama za nimi nie przepadam. Czemu? Po prostu zazwyczaj wolę jeżeli jest to wątek drugoplanowy, rozwijający się gdzieś w tle. Może to też przesyt, bo kiedyś lubiłam je czytać i znam już większość ich schematów? Nie zmienia to faktu, że czasem jednak po nie sięgam i potem zazwyczaj je polecam. Szczególnie lubię też, gdy ich wątek łączy się z jakimś innym ważnym problemem, najczęściej społecznym.

A jaka według mnie jest największa wada romansów? Zdecydowanie naiwność. Zakochiwanie się to według mnie proces stopniowy, więc trudno mi uwierzyć w relację, która kształtuje się przez parędziesiąt stron. Z drugiej strony nie można czytelnika znudzić. Dlatego według mnie trudno jest napisać dobry romans. Dlatego nie wiem, czemu tak dużo ich wychodzi.

Pisałam już, że w powieściach wolę wątki miłosne drugoplanowe. Ale z nimi też jest mały problem. Mianowicie w większości książek po prostu musi być upchnięta jakaś para. W niektórych książkach to się jednak broni, lecz nie zawsze. Idzie to też w drugą stronę, bo czasem czytelnik czuje, że jakaś dwójka bohaterów idealnie do siebie pasuje. Wtedy z pomocą przychodzi fanserwis. I tak, zdarza mi się czytać fanfiction. Kiedyś częściej, bo miałam więcej czasu i zazwyczaj były one do anime. Teraz wolę ograniczyć się do myśli, że jakaś para byłaby urocza.

Kończąc, chcę wam wszystkim życzyć w te walentynki wszystkiego najlepszego. Poświęćcie w tym dniu chwilę dla tych których kochacie – dziewczyny, chłopaka, ale też przyjaciół czy rodziny. I dla siebie. Odpocznijcie po ciężkim dniu. Może z romansem w ręku. ;)
Do następnego postu!
S.

wtorek, 6 lutego 2018

Skrawki: styczeń 2018



Styczeń. Zima powoli przejmuje przestrzeń wokół mnie, zmienia ją, pokrywając bielą: najpierw delikatnym szronem, potem białym puchem. Niebo przyjmuje wszelkie odcienie szarości, drzewa świecą bezlistną golizną. A po środku tego ja z jednym celem: sprawić, że ten roku będzie lepszy od poprzedniego.
Utarło się, że wprowadzamy zmiany w swoim życiu właśnie na początku roku. Często się z tego żartuje: nowy rok, nowa ja. Wyświechtany slogan, który nigdy się nie sprawdza. Lecz ja wierzę w tę magię stycznia, kiedy spisuję cele na następne 12 miesięcy i odznaczam to, co udało mi się osiągnąć w poprzednim roku. Nie wszystko, niestety. Wiele postanowień z czasem okazało się niewykonalnych lub traciły swój sens.

Jestem więc, jakby na nowo, z nowymi celami, ale też nowym podejściem. Nie przesadzać. Nie szarżować, bo to w dużym stopniu utrudniło mi tamten rok. Byłam zbyt wesoła, za smutna. Robiłam za dużo, za mało.

Teraz wstąpiła we mnie nowa siła. Zrobię coś nowego. Zmienię trochę na blogu. Pokażę więcej siebie, stracę trochę z anonimowości na rzecz szczerości, prawdziwości. Przestanę się ograniczać.
Zacznę się uczyć. Przecież niedługo matura, egzamin decydujący o moim życiu. Będę czytać lektury. Przez to niestety tracę czas na własne przyjemności, czytanie. Prawdą jest też, że nie chcę teraz aż tyle czytać, a wolę poświęcić więcej czasu dłuższej i bardziej ambitnej książce.

Styczeń to jedno ważne wydarzenie, do którego przygotowywałam się od dłuższego czasu: studniówka. Przeżyłam dwie i obie były wspaniałe. Wybawiłam się, spędziłam mnóstwo czasu z przyjaciółmi, na chwilę zapomniałam o maturze, szkole, ocenach. Po prostu dobrze się bawiłam. 

I to właśnie styczeń we fragmentach. Skrawkach, kawałkach mojego życia. Mam nadzieję, że seria ta wam się spodoba. Jest to dla mnie coś zupełnie innego, czego nigdy nie robiłam, więc na razie nie jest idealnie, ale z czasem i zdobytym doświadczeniem powinno być coraz lepiej. Zainspirowałam się akcją „Document your life”, lecz nadałam jej odrobinę mojego charakteru: własną nazwę. I opatrzyłam ją tekstem. Kocham słowa.
Do następnego postu!
S.

środa, 31 stycznia 2018

Ilość>jakość?



Czołem, moi mili!

Już chyba na stałe do mojego kalendarza postów na bloga powinien wejść tytuł „post organizacyjny”. Tak, dzisiaj kolejne wielkie ogłoszenia. Choć chodzi jedynie o jeden aspekt nie mogę odebrać sobie przyjemności okraszenia tego przydługim tłumaczeniem.

Jak pewnie łatwo zauważyliście ostatnio eksperymentuję z blogiem. Wprowadzanie innej tematyki, odchodzenie od regularnych, środowych recenzji. Po prostu poczułam, że dawny tryb pisania już mnie nie satysfakcjonuje. Wiąże się to również z przyszłymi, planowanymi zmianami.

I tu wkraczam na trudny dla mnie temat. Dla kogo jest blog? Dla mnie czy moich czytelników. Oczywiście (jak w większości wypadków) odpowiedź kryje się gdzieś między tymi skrajnościami, a moją powinnością jest ją odnaleźć. I w tym momencie skłaniam się ku koncepcji, że przede wszystkim muszę zadowalać siebie, bo gdy będę robić coś bez serca i chęci czytelnicy również ucierpią. 

Mam wrażenie, że najtrudniejsze w karierze twórcy nie jest tworzenie (to wręcz powinno przychodzić z łatwością, inaczej warto zastanowić się nad zmianą zajęcia) czy odbiór, a odnajdywanie złotego środka w swoich poczynaniach – by wszystkiego było (ostatnio moje ulubione słowo) wystarczająco. Trzeba lawirować między poświęcaniem zbyt dużej lub niewystarczającej ilości czasu, serca, inwencji, siebie.

Właśnie, czasu. Z tym mam ostatnio największy problem. I przez to właśnie moje ostatnie posty mnie nie satysfakcjonują. Czuję, że rozplanowując je chciałam po prostu zapełnić jak największą ilość luk z datami. Patrząc na nie krytycznym okiem: są za krótkie, zbyt bezpłciowe, złe. Ale przecież ilość się zgadza, nie?

Prócz tego oczywiście aspekt szkoły, matury i poświęcania czasu sobie. Niestety egzaminu dojrzałości nie mogę ominąć, jeśli chcę spełniać moje cele, marzenia. A nauka jeszcze nigdy nie zabierała mi aż tyle czasu. Wiem, że to również kwestia mojej organizacji czasu, która nie jest najwspanialsza (piszę o  23:00 w dniu opublikowania, więc wybaczcie drobne błędy).

Przechodząc do meritum postu zamiast w środy i soboty będą pojawiały się raz w tygodniu, zapewne w środę. Chcę za to zrobić je bogatsze treścią, z większą ilością zdjęć, cytatami, by zadawalały mnie w pełni.

Jednocześnie myślę nad sensem pisania podsumowań. Najpewniej będą pojawiać się co zmianę pory roku duże, zbiorcze. I tak planuję osobny post ze zbieraniem ostatnio obejrzanych filmów oraz coś specjalnego (módlcie się, żeby wypaliło). O moich spontanicznych odkryciach (kosmetyki, piosenki czy inne) mogę pisać na Facebooku lub pokazywać na Instagramie, dzięki temu może i tam w końcu porządnie ruszę. 

Czy musiałam pisać ten dość obszerny (jak na swoją tematykę) post? Teoretycznie nie. Ale bardzo pragnęłam przekroczyć tę jedną Wordową stronę, napełnić blog tekstem. Bo to jest właśnie coś, co kocham. Pisać. Nawet jeśli dotyczy to jednej dość prostej kwestii organizacyjnej. Poza tym obiecywałam pogadanki? Oto jedna z nich! O planach, moich oczekiwaniach wobec bloga. O mnie.

Chyba w końcu nabrałam ochotę na stabilizację. Szkoły, bloga, pasji, które mam, najważniejszych dla mnie wartości. Warto zachować jakiś umiar. Kiedyś wolałam skrajności. Interesuję się czytaniem, więc tylko książki. Zajmuję blogiem, więc godziny przed ekranem komputera. Dopiero zrozumiałam tak ważną i oczywistą koncepcję, którą świat zna już od wieków: koncepcję złotego środka.

Tak więc do następnego postu! Już nie w sobotę, a następną środę. Mam nadzieję, że przypadnie on Wam do gustu!
S.

środa, 24 stycznia 2018

Plany czytelnicze (i nie tylko) na zimę



Ok, ustalmy jedną sprawę. Jestem chyba zbyt ambitna bo jak na razie żadnego z planów czytelniczych nie udało mi się zrealizować. Nie wiem, do trzech razy sztuka.

Uznajmy, że tak. Poprzedniego planu nie udało mi się w ogóle zacząć. Szkoła zabiera mi ostatnio bardzo dużo czasu, dlatego tym razem poprzeczka jest jeszcze niższa. 
 
„Tajemna historia” nadal nie opuszcza tej listy. Już nawet zaczęłam! (Jestem koło 50 strony i mi się podoba) Aż mi wstyd, bo książka jest pożyczona i nie chciałabym już ją oddać. Tak samo jest z „Krwawym zwierciadłem”. Już ekscytuję się na powrót do Pryzmata, ale z drugiej strony chyba trochę odeszłam od tego świata. Mam nadzieję, że powrót będzie udany. „Cień wiatru” będzie czytany przeze mnie już drugi raz w życiu, bo średnio pamiętam fabułę, a chcę czytać kolejną część. To tyle z cegiełek. Uznałam, że muszę dobrać coś krótszego bo zakatuję się tymi grubasami. Stąd „Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender”. Tytuł ten od dawna mnie intryguje i mam nadzieję, że mi się spodoba.

Prócz tego pewnie będę czytała lektury, bo jako typowy maturzysta dopiero ogarnęłam, że za chwilę mój egzamin dojrzałości. Właśnie jestem w połowie „Nad Niemnem”, potem pewnie nadrobię „Chłopów”. 

Poza tym pomyślałam, że narzucę sobie jakieś ciekawe filmy, bo inaczej znowu nic nie obejrzę. Intryguje mnie „Carol”, czy „Gifted”. Poza tym ogłoszony nominacje do Oskarów i parę z tamtych filmów naprawdę mnie ciekawi. No i ostatnio narobiłam sobie ochoty na „Mamma mię”, zobaczmy czy znajdę na to czas. Co do seriali, będę kontynuować niedawno przeze mnie zaczęta „Orange is the new black”. I pewnie wrócę do „Przyjaciół”. Jeśli oczywiście znajdę czas.
To tak, maturzyści bez odrobiny czasu, łączmy się  w bólu!

A wy macie jakieś ciekawe plany na najbliższy czas?
Do następnego postu!
Snowflake