niedziela, 21 maja 2017

Warszawskie targi książki 2017 moimi oczami + bookhaul



Hej!
W tym roku pierwszy raz w życiu odwiedziłam Warszawskie Targi Książki. Teraz już wiem, że nie ostatni.  

Na targach spędziłam dwa dni – piątek wraz z klasą oraz sobotę już we własnym zakresie. Przez oba dniu robiłam książkowe zakupy, kręciłam się po stoiskach, w sobotę również stałam po podpisy. Może się wydawać, że spędziłam tam bardzo dużo czasu, ale uważam, że odwiedzenie tej imprezy dwa razy to był bardzo dobry pomysł – za pierwszym bardzo trudno było mi się zorientować w przestrzeni, nawet z mapą. W drugim dniu już spokojnie podążałam w każde miejsce.

Targi to świetne miejsce na zapoznanie się z polskimi wydawnictwami i ich ofertą. Każde z nich na swoim stanowisku miało katalogi, zakładki czy – co bardzo mi się spodobało – fragmenty niedługo wydawanych książek, co pomoże w decyzji, czy warto ją przeczytać. Jeśli chodzi o zakupy to przy wydawnictwach dużych rabatów nie było – w większości (ale nie wszystkich!) przypadkach te same ceny, co w sklepach internetowych – gównie -20-30%. Za to świetne oferty miały antykwariaty i tania książka ulokowana przed stadionem.

Sobota –dzień pod znakiem zakupów i podpisów minął mi na staniu w horrendalnie wielkich kolejkach. Przez to nie trafiłam na wymianę książkową – nie zdążyłabym. Później pomyślałam i przychodziłam na zaplanowane spotkania przynajmniej pół godziny wcześniej. To jednak nie zmieniło faktu, że do Remigiusza Mroza już 45 minut przed jego spotkaniem kolejka była wielka.

Coś co uwielbiam na targach to ludzie. Większości nawet nie znam imion, ale z pewnością ich zapamiętam. Szczególnie tych stojących ze mną w kolejkach, bo z nimi spędziłam najwięcej czasu. Nikt kompletnie nie miał oporów mówić sobie na „ty”, śmiać się, czy narzekać na ludzi, którzy do podpisu przynosili paręnaście książek (byli tacy!).

 Jeśli chodzi o autorów to odwiedziłam Jakuba Ćwieka i Remigiusza Mroza. Prócz wpisu robiłam oczywiście pamiątkowe zdjęcia i wymieniłam parę zdań. Spotkanie z lubianym autorem to zdecydowanie miłe doświadczenie. Warto było znosić te kolejki.


W piątek zdarzyła mi się jednak nieprzyjemna sytuacja. Moja klasa była umówiona na wykład o Pawiaku na którym się nie pojawiliśmy, bo nagle całe piętro zostało zablokowane! Wszystko przez przyjazd prezydenta – rozumiem, ale czemu nie było to uprzedzane, nie zrobili jakiegoś ogłoszenia, żeby ludzie wcześniej dostali się tam gdzie chcą. Sytuacja była bardzo nieprzyjemna, zamiast wykładu dodatkowo godzinę pochodziłam po stanowiskach, ale kolejny zgrzyt zdarzył się przy wyjściu z targów – trzeba było stać w wielkiej kolejce, bo każdy był sprawdzany.

Pomimo to pobyt na targach wspominam bardzo przyjemnie. Z pewnością za rok również się na nich pojawię. Serdecznie polecam tego rodzaju imprezy, bo można poznać ludzi mających tę samą pasję, ciekawe wydawnictwa czy autorów. 

Wracając do rzeczy, które zdobyłam ta targach: pełno zakładek, które większość wydawnictw rozdawała, katalogi, fragmenty książek, ołówki – tego jest mnóstwo! Teraz zdecydowanie nie będę narzekała na brak zakładek. Nie należy jednak przesadzać z częstowaniem się darmówkami – słyszałam o Pani, która podeszła do stanowiska z pytaniem „Państwo też rozdają darmowe torby”- to bardzo niekulturalne. Prócz tego było wiele gadżetów książkowych do kupienia – torby, zakładki, co tylko można sobie wymarzyć.

Łupy dnia pierwszego.
Jeśli chodzi o książki to kupiłam ich 6 – 2 pierwszego dnia, 4 drugiego. Większość w tanich książkach, jedną w antykwariacie i dwie u wydawnictw. Ceny były przystępne, ale radzę pary razy sprawdzać – za „Harry’ego Pottera” dałam 16zł, a na stanowisku obok z podobnym stanie sprzedawano za ponad 20zł. 

Moje zakupy to:                                                                                                                                 
piątek:

  •  J. K. Rowling „Harry Potter i czara ognia” – kupuję póki są jeszcze stare wydania,
  • Agata Christie „Kot wśród gołębi” – w końcu czas zapoznać się w królową kryminału!



sobota

  • Agata Christie „Parker Pyne na tropie” – jak wyżej,
  • Mira Jacob „Tango lunatyków” urzekła mnie okładka i opis,
  • Haruki Murakami „Słuchaj pieśni wiatru” i „Flipper poku 1973” – dużo słyszałam o tym autorze, poza tym nigdy nie czytałam niczego z literatury japońskiej,
  • Vladimir Nabokow „Lolita” – dużo słyszałam o tej książce i po prostu mnie ciekawi.

A Wy? Byliście kiedyś na targach lub zamieracie się wybrać? Piszcie!
Snowflake

środa, 17 maja 2017

Brandon Sanderson "Piasek Raszida"



Choć wcześniej z twórczością Brandona Sandersona miałam bardzo mało do czynienia, bo przeczytałam jedynie „Duszę cesarza”, to wiedziałam, czego po jego książkach się spodziewać – ciekawego świata, magii, bohaterów, ogólnie bardzo dobrej fantastyki. Po „Piasku Raszida” moja opinia o autorze musi się trochę zmienić – do zalet jego powieści dopisuję wielkie poczucie humoru.

Alcatraz Smedry jest bardzo pechowym dzieckiem. Wszystko czego się dotknie niszczy przez co jako sierota trafia z jednego domu do drugiego. W dniu swoich trzynastych urodzin dostaje spadek od swoich nieżyjących rodziców, którym jest… woreczek piasku. Przedmiot ten, szybko skradziony wprowadza Alcatraza w świat Wolnych Królestw i Bibliotekarzy, którzy prowadzą ze sobą wojnę i rozpoczyna ciąg przygód chłopca.

Narracja zdecydowanie wyróżnia tę książkę. Książka jest jak autobiografia głównego bohatera, który często zwraca się do nas. Podkreśla on, że pomimo jego sławy nie jest od dobrym człowiekiem i przestrzega przed bibliotekarzami. Pokazuje triki pisarzy, często je komentuje, narzeka na nie – naprawdę ciekawy zabieg. Fabuła jest dość prosta – jak to w książce dla dzieci, lecz wciąga i można się w paru momentach mocno zaskoczyć.

Bohaterowie są bardzo nietypowi. Chłopak który wszystko niszczy, jego ekscentryczny dziadek, którego przekleństwa uwielbiam („na horrendalną hiperwentylację” to perełka <3), trzynastoletnia wojowniczka…, jest z czego wybierać. Wszyscy są naprawdę fascynujący i swoimi niezwykłymi charakterami zdecydowanie umilają lekturę.

Jak już wspominałam, książka jest kierowana do dzieci, co sprawia, że fabuła i magia musza być dość proste. Ale czy nudne? Oczywiście, że nie! Sanderson dał radę stworzyć prosty, ale ciekawy  świat i niespodziewane umiejętności. Antytalenty są tu talentami – umiejętność psucia, spóźniania się czy gadania od rzeczy. Bibliotekarze opanowali świat, a specjalne soczewki umożliwiają niezwykłe rzeczy – choćby okulary laserowe.

Kolejną zaletą tej powieści jest humor. Komentarze narratora wręcz ociekają sarkazmem. Do tego niektóre sytuacje wymuszają u czytelnika łzy spowodowane śmiechem oczywiście. Nie polecam czytać tej książki w miejscu publicznym, bo mogą was wziąć za wariata śmiejącego się do książki.

Coś, co mnie urzekło, to wydanie. Ilustracje sia naprawdę śliczne. Przy nich też często pojawiają się kąśliwe uwagi. Dodatkowo na początku każdego rozdziału jest para okularów, zawsze inna i niezwykła. Cudo!

Podsumowując, „Piasek Raszida” to bardzo ciekawa i bardzo śmieszna książka nie tylko dla dzieci. Warto zapoznać się z przygodami Alcatraza, bo można się przy tym dobrze pośmiać i zagłębić w ciekawy świat. Ja już czekam na kolejny tom. 
Moja ocena - 8/10 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu IUVI.
Snowflake

sobota, 13 maja 2017

5 rzeczy, które lubię w wydaniach książek

Hej!
Ostatnio tutaj trochę narzekałam na wydania książkę, dzisiaj trochę pochwalę. Jest parę rzeczy na które zwracam uwagę w książkach, a nie są okładką - każdy ma inny gust i okładki to bardzo osobista kwestia. 

  1. Ciekawe grzbiety książek - bardzo lubię ten element, bo tak właściwie to pierwsze co widać na półce. Szczególnie lubię te z elementami złota (prawdziwa sroka ;) ). Dobrze też jeśli są do siebie dopasowane.
  2. I właśnie dopasowanie. Ogromnie lubię, gdy wszystkie książki do siebie pasują. Niedopasowanie serie to półkowa zmora, ale te udane zachwycają.
  3. Ilustracje, zwłaszcza te ładne i dopasowanie fabularnie, lecz niezbyt spoilerujące. Dodają mnóstwo klimatu.

  4. Ozdobniki na początku rozdziału - równie klimatyczne i często naprawdę śliczne! Pomysłowość przy ich robieniu mnie zachwyca. 
  5. Wstążeczka - coś przeuroczego, dodającego mega klimatu i niezwykle praktycznego - pilnowanie zakładki i zaznaczanie losowymi karteczkami odchodzi w zapomnienie.
A Wy macie jakieś wyjątkowo lubiane rzeczy w wydaniach książkowych? Piszcie w komentarzach. :)
Pozdrawiam!
Snowflake

środa, 10 maja 2017

Sara Pennypacker "Pax"



O „Paxie” słyszałam bardzo dużo dobrego. Miała to być jedna z tych wyjątkowych lektur, które są całkowicie uniwersalne, trafią i do dziecka i do bardziej dojrzałego czytelnika. Wzruszająca powieść pokazująca wspaniałą relację między chłopcem a zwierzęciem była wręcz porównywana do „Małego księcia”. Czy się w tym zgadzam? Cóż, książka Sary Pennypacker z pewnością jest bardzo mądra i porusza serca, lecz z „Małym księciem” zdecydowanie bym jej nie porównywała.

Nadchodzi wojna. Ojciec Petera dołącza do wojska, więc chłopiec musi przenieść się do dziadka. Niestety musi pozbyć się też swojego towarzysza, lisa Paxa, w którym chłopiec był nierozłączny. Peter szybko zdaje sobie sprawę z tego, że nie może pozostawić lisa i ucieka od dziadka, by go odnaleźć. Czy mu się jednak uda?

Historię poznajemy z dwóch perspektyw – chłopca oraz lisa. Oboje w czasie rozstania mają wiele przygód, na nowo poznają świat. Wydarzenie przez które przechodzą z pewnością ich zmieniają. Od początku do końca widać jednak bardzo silną więź, która ich łączy. Pax wiernie czeka na „swojego chłopca”, Peter robi wszystko by odnaleźć swojego zwierzaka. Są pewni ponownego odnalezienia siebie. Ta więź jest tak wspaniała, nierozerwalna i magiczna, że od razu chce się przytulić własnego zwierzęcego przyjaciela. Bo chyba każdy właściciel zna ten rodzaj miłości, który łączy go z jego pupilem.

Czasami Peter miał takie dziwne wrażenie, że on i Pax stanowią jedno. Po raz pierwszy poczuł to, kiedy zabrał maleńkiego Paxa na spacer. Szczeniak dostrzegł ptaka i szaleńczo wyrywał się na smyczy, jakby go prąd poraził. Wtedy Peter obaczył tego ptaka oczami Paxa – cudowny zygzak światła, nieosiągalną wolność i prędkość. Sam poczuł ciarki na skórze i drżenie całego ciała, a na ramionach pieczenie, jakby wyrastały mu skrzydła.

Do zmian w życiu obu bohaterów doprowadzają ludzie spotkani podczas ich rozłąki – lisica Nastroszona i jej brat, których zaufanie chce zdobyć Pax oraz (postać którą uwielbiam <3) Vola, która pomogła Peterowi w kluczowych momentach jego wędrówki. To właśnie ona zmienia poglądy chłopca na niektóre rzeczy w świecie i przybliża tematykę wojny – sama kiedyś była sanitariuszką, zna jej wady, pokazuje ile cennych rzeczy przez nią straciła.

– Jestem za tym, żeby mówić całą prawdę o wojnie. O jej kosztach. Powinno się mówić całą prawdę o tym, jaka jest cena wojny. Długo trwało, zanim to zrozumiałam. – Rozparła się na krześle. – To tylko jedna rzecz. Musiałam się od nowa nauczyć, co wcześniej uważałam za słuszne i niesłuszne. Ale nie mogłam… świat był tak hałaśliwy, że nie słyszałam własnych myśli.

Ważnym motywem w książce jest relacja chłopca z ojcem – człowiekiem twardym, nieokazującym uczuć, czasem agresywnym. Peter boi się swoich emocji, nie chcę stać się taki, jak ojciec. Stara się poznać siebie, ale coraz bardziej widzi swoje podobieństwo do rodzica co go niepokoi. Wątek ten jest według mnie jednak trochę niedociągnięty, czego bardzo żałuję.

– Ojej, powiem ci coś: wszystkie uczucia są niebezpieczne. Miłość, nadzieja… Ha! Nadzieja! Mówisz o niebezpieczeństwie, co? Nie, nie da się uniknąć żadnego z nich. Wszyscy mamy w sobie bestię zwaną złością. Ona może nam służyć; wiele dobrych rzeczy wynika ze złości na złe rzeczy, wiele niesprawiedliwości zostaje naprawionych. Ale najpierw wszyscy musimy dojść do tego, jak ją ucywilizować.

I największa (tak właściwie jedyna) wada książki – zakończenie. Dla mnie książka była po prostu ucięta, a niektóre wątki (jak na przykład ten z ojcem)wręcz nierozwiązane, przez co całe dobre wrażenie o tej powieści trochę mnie opuściło. Rozumiem, co miało mi to pokazać, lecz gdyby było to rozpisane na dodatkowe 50 stron byłabym bardziej ukontentowana.

Trochę o wydaniu. Książka ma wspaniałą okładkę oraz klimatyczne ilustracje, które podkreślają atmosferę panującą przy czytaniu tej książki. Bardzo podoba mi się oznaczenie czyimi oczami są kolejne rozdziały poprzez wizerunek chłopca lub lisa. Czcionka jest duża, przyjemna przy czytaniu.

Podsumowując, „Pax” to naprawdę dobrze napisana, wzruszająca powieść z jedną wadą – zakończeniem. Uważam, że warto po nią sięgnąć i poznać historię chłopca i jego lisa, lecz nie nastawiać się na arcydzieło. Książka ma świetny klimat i naprawdę porusza serduszko, pokazując tę wspaniałą relację między człowiekiem a zwierzęciem, zdecydowanie nie żałuję, że się z nią zapoznałam.
Moja ocena – 6/10
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu IUVI.


 
Snowflake

sobota, 6 maja 2017

Podsumowanie i ulubieńcy kwietnia

(poprzednie podsumowanie)
Hej!
Czy tylko mi ostatnio czas mija tak szybko?
Kwiecień był zdecydowanie dobrym miesiącem. Przez natłok obowiązków miałam mniej czasu dla bloga, lecz mimo to wszystko pojawia się bardzo regularnie. Nawiązałam dwie wspaniałe współprace - jedną z Arturem Urbanowiczem, której efekty możecie zobaczyć tutaj, efekty drugiej zobaczycie jaż w środę, na razie cii. ;)
Przeczytane:
  • Remigiusz mróz "Kasacja" 
  • Marta Guzowska "Wszyscy ludzie przez cały czas"
  • Artur Urbanowicz "Gałęziste"
  • Sara Pennypacker "Pax"
  • Brandon Sanderson "Piasek Raszida" 
Razem przeczytałam 1948 stron, czyli około 65 stron dziennie. 
Najlepsza książka: przeczytałam sporo dobrych powieści, ale zdecydowanie urzekł mnie "Piasek Raszida" Brandona Sandersona. Humor tam jest znakomity.
Najgorsza książka: "Wszyscy ludzie przez cały czas" Marty Guzowskiej, czyli coś, co zapowiadało się świetnie, ale niestety zawiodło.

W kwietniu szczególnie ulubiłam:
  • Serial "Trzynaście powodów" to jedna z tych produkcji, które wciągają i nie chcą wypuścić. Na razie jestem dopiero na 5. odcinku, więc proszę bez spoilerów. ;)
    (źródło)
  • Film "Strażnicy galaktyki vol. 2". Pierwsza część bardzo mi się podobała, a druga jest jeszcze lepsza. Naprawdę świetny, chwilami zabawny, a chwilami wręcz wzruszający film.
    http://www.filmweb.pl/film/Stra%C5%BCnicy+Galaktyki+vol.+2-2017-722146
  • Piosenkę "Syreny" Artura Rojka. Nie jest to jakoś wyjątkowo nowa piosenka, ale ostatnio wróciłam do całej płyty i coś w tej piosence jest. Po prostu do mnie przemawia.

  •  Zbliżające się Warszawskie Targi Książki! Kto jedzie? Ja już planuję co odwiedzić. ;)
A jak wam minął kwiecień?
Pozdrawiam!
Snowflake

środa, 3 maja 2017

Marta Guzowska "Wszyscy ludzie przez cały czas"



Sięgając po „Wszystkich ludzi przez cały czas” oczekiwałam dobrego, wciągającego i mrożącego krew w żyłach kryminału z ciekawym tłem. Rzadko bowiem pojawia się książka, której akcja dzieje się na Krecie, a bohaterowie zajmują się archeologią. Niestety, książka nie była tak dobra, na jaką się zapowiadała.

Mario Ybl jest antropologiem, sprowadzonym przez swojego przyjaciela – Roberta do pomocy przy wykopaliskach na Krecie. Wszystko bowiem wszystko wskazuje na to, że składano tam ofiary z ludzi. Jednocześnie ginie kobieta, a znaleziona w jej dłoni kość gnykowa wskazuje na powiązanie ze starożytnymi szkieletami.

Skrócony opis książki brzmi ciekawie? Też tak myślałam – archeologia, starożytność, ofiary z ludzi, to wszystko jest dobrą podstawą na książkę. Bardzo się jednak zawiodłam. Pomimo, że pomysł jest ciekawy, to potencjał wątku archeologicznego kompletnie nie został wykorzystany. Powiązanie sprawy starożytnej z obecną jest znikome i bardzo mylące, a wiele wątków związanych z tym zostało po prostu ucięte lub potraktowane „po łebkach”.

Akcja jest bardzo dziwnie prowadzona – sam początek bardzo męczy, nic konkretnego nie wnosząc do fabuły, dłuży się i nudzi. Dopiero po połowie książki akcja się rozkręca, by pod koniec pędzić na łeb na szyję. I choć końcówka wciąga nie rekompensuje mi to bardzo ciągnącego się początku. Chwilami po prostu gubiłam się w fabule. Nie pomagały również nieprzetłumaczone greckie zdania – czemu nie można było zrobić do nich przypisów?

Kolejną wielką wadą tej książki jest główny bohater, a raczej jego schematyczność. Człowiek po przejściach, zimny drań, nadużywający alkoholu – ile razy to już było? Jednak to jest jeszcze do zniesienia, gorzej denerwowała mnie jego dziecinność, naiwność oraz ślepa miłość do Poli. Poza tym cały czas był pijany! Nie było rozdziału w którym nie kosztowałby lokalnego alkoholu. Jego jedyną zaletą jest nyktofobia – lęk przed ciemnością. Nigdy nie spotkałam się z takim wątkiem w literaturze i z ciekawością czytałam o jego przypadłości.

Głównego bohatera rekompensują poboczni, których naprawdę polubiłam. Karl – wiecznie siedzący w telefonie, dopiero uczący się zawodu, Galanaki – efor, zarządzająca wszystkimi wykopaliskami, Michalis – lokalny policjant, mający chorego umysłowo brata, Petrosa. Ukazanie osoby chorej również bardzo mi się podobało – nieczęsto spotykam się z tym w literaturze.

Jak już pisałam, końcówka mnie wciągnęła. Sprawcy kompletnie się nie spodziewałam, a parę wątków „podpuszczających” (potrzebnych, by właśnie nie domyślić się sprawcy) fajnie się skończyło. Niektóre się nie skończyły, tylko zostały ucięte, niektóre ucięte wcześniej wróciły nie wiadomo po co, więc jest lekki mętlik, ale i tak nie jest źle. Chwilami wydawało mi się, że autorka nie wiała co zrobić z bohaterami – dzieje się coś istotnego, a pni stoją i patrzą, jak Simy na palący się dom. Mimo tych wad pod koniec książki nawet dobrze się bawiłam.

I największa zaleta tej książki czyli klimat. Nie taki, jaki znam z biur turystycznych, lecz szary, brudny, pełen wiosek z różnymi układani, często walczącymi ze sobą. Przedstawiona tu Kreta bardzo mi się podobała, była miejscem idealnie nadającym się na kryminał, mrocznym, szarym, intrygującym. Nadawała tej książce ciekawej atmosfery.

Podsumowując, „Wszyscy ludzie przez cały czas” to książka pełna wad, ale posiadająca również parę istotnych zalet. Niestety nie przypadła mi do gustu, ale może spodoba się fanom kryminału czy archeologii. Radzę nie mieć zbyt dużych oczekiwań. Nie warto też się bać tego, że to trzecia cześć cyklu, po nawiązań do poprzednich jest jak na lekarstwo.
Moja ocena – 5/10
Snowflake