środa, 22 lutego 2017

Lewis Carroll "Alicja w Krainie Czarów"

 „Alicja w Krainie Czarów” to zdecydowanie książka, którą po prostu trzeba znać, ponieważ czerpane jest z niej wiele motywów, powstało na jej podstawie wiele bajek, filmów czy książek, a słynne ‘We’re all mad here’ zna większość ludzi świata. Postanowiłam jednak, że moje pierwsze książkowe spotkanie z „Alicją” musi być wyjątkowe, dlatego sięgnęłam po książkę w języku angielskim, pragnąc wyciągnąć z lektury jak najwięcej.
 
Fabuły chyba nie trzeba opisywać, choć przyznam, że jest o wiele prostsza niż jej filmowa ekranizacja. Gdy się o tym pomyśli nie ma w tym nic zaskakującego, w końcu film był kierowany do większej widowni, a książka przeznaczona jest typowo dla dzieci. Oryginalna historia Alicji była ciekawa, ale nie aż tak, jak się tego spodziewałam.
Coś co zdecydowanie jest niezwykłe w książce to gry słowne. Nie wiem, jak jest to ukazane w polskim tłumaczeniu, ale po angielsku jest tego dużo. Tego i bardzo abstrakcyjnego humoru. Nie każdemu może się to spodobać, ale ja byłam z tego zadowolona.
‘And how many hour a day did you do lessons?’ said Alice, in a hurry to change the subject.
‘Ten hour the first day’, said the Mock Turtle: ‘nine the next, and so on.’
‘What a curious plan!’ exclaimed Alice.
‘That’s the reason they’re called lessons’, the Gryphon remarked: ‘because they lessen from day to day.’
Chyba jednak trochę więcej oczekiwałam po czymś aż tak kultowym, dochodzę jednak do wniosku, że moje oczekiwania były bardzo wygórowane właśnie przez ten cały szał na „Alicję”. Według mnie historia jest fajna i lekka do zapoznania się, lecz nie wyciągnęłam z niej jakiejś wielkiej głębi.
Co do czytania po angielsku, bo była to moja pierwsza książka w obcym języku, na początku było trudno się przyzwyczaić z czasem jednak leciało. Czytałam zdecydowanie dłużej niż po polsku, ale byłam na to przygotowana i nie zniechęcałam się. Czytanie zdecydowanie ułatwiały słowniczki obecne w książce wydanej przez wydawnictwo [ze słownikiem].
Będąc przy tym, bardzo podoba mi się pomysł na wydawanie książek w obcym języku na naszym rynku. W czasach, kiedy znajomość języków pełni bardzo dużą rolę jest to bardzo fajna idea. Godne pochwały są również słowniczki na marginesach oraz spis wszystkich słów użytych w książce na początku i końcu oraz podanie poziomu językowego książki. Zdecydowanie pomaga to w nauce języka. Dobór książek też jest wyjątkowy, są to bowiem klasyki literatury, które warto znać. Warto zapoznać się z listą wydanych książek na stronie internetowej wydawnictwa. Zastanawia mnie tylko czy będą książki również w innych językach.
Wiele osób narzeka na okładkę i muszę się zgodzić, że nie jest piękna, jednak bardzo fajnie wykonana. Taka śliska, dzięki czemu się nie brudzi. Jednocześnie podoba mi się podział kolorystyczny- książki dla dzieci mają zielony akcent, sci-fi i fantastyka różowy, romanse czerwony itd.. Fajnie dzieli to książki i pomaga sprawnie znaleźć  coś w swoim guście.
Podsumowując, „Alicja w krainie czarów” to ciekawa książka, którą zdecydowanie trzeba znać. Polecam sięgnięcie po nią w oryginale, bo czytanie po angielsku nie jest tak straszne, jak się wydaje. Książkę polecam, tak samo jak jej wydanie z wydawnictwa ze słownikiem.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu [ze słownikiem].
 
 
Snowflake
 

sobota, 18 lutego 2017

Sobotnia Snowflake #12

Cześć

W sumie to chciałam po prostu napisać o zmianach na blogu, ale przypomniałam sobie, że kiedyś pisałam "Sobotnią Snowflake" i doszłam do wniosku, ze czemu nie, w końcu mamy sobotę.
W skrócie stąd tytuł.

Więc, jak widać są zmiany w wyglądzie bloga. Mam nadzieję, że na lepsze, według mnie tak. Jest jaśniej, przejrzyściej. Nadal nie jestem pewna koloru czcionki, ale chyba po prostu muszę się przyzwyczaić.

Jestem dumna, bo wszystko zrobiłam sama. Bez obrazków znalezionych w Internecie, ściągniętego  z czeluści gogle grafika tła czy tytułu (tytuły?! no tego na górze). Sama ciapałam kartkę farbą, robiłam jej zdjęcia, przerabiałam, dodawałam logo (zresztą też mojej roboty). Pracy przy tym było mnóstwo, ale jestem zadowolona, bo czuję, że to wszystko jest w 100% moje.

Zrobiło się również przejrzyściej. Postaram się często aktualizować strony, bo wcześniej miałam z tym małe problemy. Poza tym na samym dole są wszystkie etykiety, bardzo ładnie podzielone na różne kategorie. A z boku od razu widzicie mojego Instargrama (było) i Lubimy Czytać (nowe).

To chyba czas pożegnać stary wygląd bloga. Myślę, że czasem będę jeszcze wykorzystywała "Sobotnią Snowflake" do takich bardziej organizacyjnych postów. ;)

Miłej Soboty!
Snowflake

środa, 15 lutego 2017

Brandon Sanderson "Dusza Cesarza"

Czy pośród stworzonych tylu książek można wymyślić coś oryginalnego i bardzo ciekawego? Jest to trudne szczególnie w fantastyce, gdzie potrzebna jest wielka kreatywność i niebanalność. I na szczęście są autorzy, którzy mogą poszczycić się głową pełną nowych, genialnych pomysłów na przedstawienie magii i świata. Po jednej, cieniutkiej książce mogę stwierdzić, że jednym z nich jest Brandon Sanderson. Czym aż tak oczarowała mnie „Dusza Cesarza”?
Shai ma wyjątkową umiejętność, jaką jest Fałszowanie. Moc ta jest bardzo popularna, lecz ona ma ją opanowaną wręcz do perfekcji i poświęciła na nią całe swoje życie. Podczas próby zastąpienia Księżycowego Berła falsyfikatem zostaje złapana. Jest pewna swojej niedługiej egzekucji i jedyne co ją ratuje to atak skrytobójcy na Cesarza, który traci świadomość. Nowym zadaniem Shai zleconym przez Cesarstwo jest stworzenie nowej duszy dla Cesarza w jedynie 100 dni. Kobieta wie, że jednocześnie ten czas to odliczanie do jej śmierci, musi więc również planować ucieczkę.
Ta książka to dowód, że można stworzyć bardzo dobrą książkę bez ciągłych zwrotów akcji. Tutaj ich bowiem nie dostaniemy, co nie zmienia faktu, że „Dusza Cesarza” wciąga, a czytelnik wraz z główną bohaterką odlicza dni, które jej zostały by zobaczyć, jak to wszystko się zakończy. Niezwykłe jest również to, jak autor przedstawił cały ten rozbudowany świat i system magiczny zaledwie na ponad stu stronach.
Palce ludzkiego wpływu są wszędzie wokół nas i wszystkiego dotykają. Utkane przez ludzi dywany, przygotowywane przez ludzi jedzenie. Każda rzecz w mieście, której dotykamy, którą widzimy i odczuwamy, której doświadczamy jest skutkiem wpływu jakiegoś człowieka.
Już o magii mowa jest to coś, czym ta książka się wyróżnia. Jako, że pędzącej akcji tam nie zastaniemy jest dużo czasu na opisywanie na czym polega Fałszerstwo, co zresztą jest bardzo dobrze opisane. Widać wielki trud, jaki w swoją pracę wkłada Shai, lata treningów by osiągnąć swój poziom. Na początku przyznam, że trudno było mi to wszystko przyswoić, bo czytelnik od razu zostaje rzucony na głęboką wodę, z czasem jednak coraz bardziej się w to wgłębiałam i coraz bardziej mnie to intrygowało. Pomysł na magię jest tak dobry, że chętnie przeczytałabym więcej książek opartych na tym koncepcie.
– Wszystko istnieje w trzech Krainach, Gaotono. Materii, Umysłu, Ducha. Materia jest tym, co czujemy, co mamy przed sobą. Umysł jest tym, jak postrzegany jest przedmiot i jak postrzega sam siebie. Kraina Ducha zawiera duszę przedmiotu, jego esencję, jak również sposoby, w jakie jest połączony z otaczającymi go rzeczami i ludźmi.
W książce w bardzo dobry sposób ukazane są realia życia na dworze w Cesarstwie. Choć większość czasu spędzamy zamknięci w pokoju Shai nawet tu widać sieci intryg. Rywalizacje Stronnictw walczących o władzę. Szantaże. Dworzan, którzy chcę przekupić kobietę, by wprowadziła zmiany w nowej duszy Cesarza potrzebne do łatwiejszej manipulacji nim. Obłudne podejście do Fałszerstwa, którego nikt nie szanuje a jednocześnie wszyscy używają.
Tak, Wielcy nazywali moce Shai ohydnymi, ale jedynym ich aspektem, który był oficjalnie zakazany, było stworzenie Fałszerstwa, które zmieniało człowieka. Uprawiane po cichu Fałszowanie przedmiotów było w cesarstwie dopuszczone, nawet wykorzystywane, jeśli tylko Fałszerz był starannie kontrolowany.
Książka ma niesamowity klimat, który tworzy nie tylko magia, lecz również bohaterowie. Jest ich bardzo mało, więc możemy bardzo dobrze ich poznać. Shai- zdeterminowana, silna, praktyczna. Prawdziwa mistrzyni swojej umiejętności. Z wielką przyjemnością czyta się o tym jak traktuje swoją moc. Gaoton- dworzanin, ważny doradca i przyjaciel Cesarza. Jedna z niewielu uczciwych postaci, która chce jedynie dobra kraju. Nie szanuje Fałszerstwa, a jednocześnie pragnie je zrozumieć, poznać. Najważniejszy według mnie jest jednak Ashravan- Cesarz, którego duszę odtwarza Shai. Przez jego dziennik, opowieści i zapiski poznajemy jego podejście do Cesarstwa, pragnienie zmian, ale również wypalenie po wielu latach bez żadnych efektów, braku polepszenia się sytuacji z państwie. To ta trójka kształtuję całą tę książkę.
Podsumowując, „Dusza Cesarza” to moje pierwsze, bardzo owocne spotkanie z Brandonem Sandersonem. Zachwyca mnie świat, magia i bohaterowie ukazani na kartach tej bardzo krótkiej książki. Jestem pewna, że jeszcze nie raz sięgnę po dzieła tego autora.
Moja ocena- 8/10
Snowflake

środa, 8 lutego 2017

Jennifer Lynn Barnes "Naznaczeni"

 „Naznaczonych” przeczytałam z polecenia (i pożyczenia) pewnej wspaniałej osóbki, którą z całego serduszka pozdrawiam ;) I choć wiele razy spotykałam się z podobnym pomysłem na książkę, to coś mnie do niej zachęcało. Może po prostu chęć na coś lekkiego i przyjemnego, może obiecane niewyjaśnione zagadki. Przecież połączenie zdolności paranormalnych ze śledztwem i poszukiwaniem mordercy już było. Jednak coś wyróżnia tę książkę spośród innych, bardzo podobnych. Co? Zapraszam na recenzję. (brzmi jak słaba reklama)
(źródło)
Cassie jest młodą dziewczyną, na pierwszy rzut oka zupełnie normalną. Mieszka z rodziną ojca, który pracuje w siłach powietrznych. Jej matka, odgrywająca kiedyś medium umarła, a sprawcy nigdy nie odnaleziono. Wydaje się, że prócz tej tragedii nic jej nie wyróżnia. Jednak ma ona dar. Umie rozszyfrowywać ludzi. Parę chwil i wie o człowieku wszystko. Pewnego dnia do kawiarni w której pracuje przychodzi tajemniczy chłopak, którego dziewczyna nie jest w stanie odszyfrować. I zostawia wizytówkę FBI.

 
Patrzyłam na ludzi jak na zagadki. Łatwe układanki, skomplikowane puzzle, krzyżówki, łamigłówki, sudoku. Każdą z nich dało się rozwiązać, a ja nie ustawałam w wysiłkach, żeby to osiągnąć.
Wkrótce Cassandra dołącza do programu Naznaczonych, gdzie poznaje rówieśników o równie interesujących zdolnościach. Lia rozpozna każde kłamstwo, Michael odczytuje emocje, Sloane zna dane i statystyki tak właściwie wszystkiego, a Dean, tak jak Cassie jest profilerem. Wkrótce będą musieli rozwiązać sprawę seryjnych zabójstw, najprawdopodobniej powiązaną z tajemniczą śmiercią matki głównej bohaterki.
Opis fabuły nie różni tej książki od wielu innych o podobnej tematyce. Więc co tu jest wyjątkowego. Krótkie fragmenty pisane z perspektywy zabójcy w narracji drugoosobowej. Na początku przy tych kawałkach byłam trochę zdezorientowana, z czasem bardzo mi się spodobały zostały nawet fajnie i logicznie wytłumaczone. Bowiem o  profilowanym Cassie ma myśleć jako „ja” lub „ty”. To tak jakbyśmy mogli oczami uzdolnionego zajrzeć do głowy zabójcy.
Bohaterowie w książce z jednej strony nie powalają. Mamy bowiem tę wredną dzieczynę, kujonicę, główną bohaterkę oraz dwóch chłopaków o zupełnie różnych charakterach, którzy rywalizują o jej względy. Niby nic ciekawego, lecz przez ich umiejętności każdy z nich ma ciekawą przeszłość mniej lub bardziej przedstawioną. Zmienia to moje wrażenie o bohaterach, którzy zaciekawiają i zdecydowanie kryją jeszcze wiele tajemnic.
I tak mamy tu trójkąt miłosny, czyli zmorę każdej młodzieżówki. O dziwo jednak mi się to bardzo podobało bo… (uwaga mały spoiler) do końca nie wiemy z kim będzie bohaterka! I choć czasem irytują mnie jej przemyślenia pod tytułem „którego wybrać” nie zrobiona z tego wielkiej, niepotrzebnej dramy. Pewnie w następnej części rozwiązany jest wątek miłosny.
Sprawa, którą zajmują się nastolatkowie jest fajnie przedstawiona. Nie jest to jakaś grupa superbohaterów, czy nowa ekipa Scooby Doo, sami na początku nie maja dostępu do sprawy (w końcu to jeszcze dzieci), a dopiero przez serię przypadkowych zdarzeń mają do niej wzgląd. Ich dedukcja też nie jest przesadzona, zgodna z ich zdolnościami, niezbyt dojrzała tak, że po bohaterach czuć ich wiek.
Książka wciąga fajnym, lekkim językiem, ciekawymi bohaterami i tajemniczą sprawą. Czyta się ją łatwo i przyjemnie, jednocześnie samemu próbując rozwiązać zagadkowe śmierci. Wiele razy typowałam mordercę i za każdym razem pudłowałam. Jest tu wiele zmyłek, dzięki którym niełatwo domyślić się wszystkiego.
Podsumowując „Naznaczeni” Jennifer Lynn Barnes to bardzo ciekawa, młodzieżowa książka, która niesłychanie wciąga i zaskakuje. Szczególnie na plus są w niej fragmenty w narracji drugoosobowej oraz bohaterowie, który kryją ciekawą przeszłość, często nieukazaną w tej części. Pewnie sięgnę po drugą część, a tę książkę wszystkim serdecznie polecam jako lekką, a jednocześnie niebanalną lekturę.
Moja ocena- 7/10
Snowflake

sobota, 4 lutego 2017

Podsumowanie i ulubieńcy styczeń


Hej!

Pierwszy miesiąc roku 2017. minął mi bardzo powolnie, co nie oznacza, że źle. Wręcz przeciwnie był to miesiąc bardzo dobry pod względem czytelniczym oraz prywatnym. Paru większych decyzji, paru chwil stresu, wielu szczęścia. Aż nie wierzę, że wszystko to zmieściło się jedynie w 31 dniach. :)

 
Przeczytane:
  • Adam Mickiewicz "Pan Tadeusz"
  • Kasie West "Chłopak na zastępstwo" (recenzja)
  • Rainbow Rowell "Nie poddawaj się" (recenzja)
  • Milena Wiktoria Jaworska "Miles" (recenzja)
  • Erick-Emmanuel Schmitt "Pan Ibrahim i kwiaty Koranu" (recenzja)
  • Juliusz Słowacki "Kordian"
  • Jennifer Lynn Barnes "Naznaczeni"
  • Brandon Sanderson "Dusza Cesarza"
  • Zygmunt Krasiński "Nie-boska komedia"
Przyznam, że jestem bardzo zadowolona z tego wyniku, choć wiele z tych książek to tak właściwie lektura "na raz". Mam nadzieję, że w lutym przeczytam jeszcze więcej szczególnie, że (w końcu!!!) mam ferie. ;)

Razem przeczytałam około 2193 stron, czyli 71 stron dziennie.

Najlepsza książka- Brandon Sanderson "Dusza cesarza" (Jedzie ktoś na Sandersona do Warszawy w marcu?)
Najgorsza książka- Milena Wiktoria Jaworska "Miles" (Pierwszy raz nie miałam problemu z najgorszą książką.)

W styczniu szczególnie polubiłam:
  • Herbatę "Hipstea" od Tea Rebels. nie dość, że pyszna to zrobiona ze świetnym pomysłem. (Nie, niestety nie płacą mi za reklamę :(( )
  • Nowy sezon "Sherlocka"! Nie chcę spoilerować osobom, które jeszcze nie obejrzały, więc napiszę jedynie, że był trochę inny od reszty, ale mi bardzo się podobał. :)
  • Piosenkę "Nadzy na mróz" zespołu Happysad, który uwielbiam z całego serduszka. Już nie mogę doczekać się całej płyty (już można się domyślać ulubieńca następnego miesiąca ;) ). Świetna wpadająca w ucho i z możliwością wielorakiej interpretacji tekstu.
  •  Moją pierwszą małą współpracę! Byłam przeszczęśliwa gdy dostałam odpowiedź "na tak". Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli to już niedługo pojawi się o tym post. :)
Mam nadzieję, że luty będzie tak obfity w dobro jak styczeń. :)
Snowflake

środa, 1 lutego 2017

Erick-Emmanuel Schmitt "Pan Ibrahim i kwiaty Koranu"


Jest coś takiego w książkach Erica-Emmanuela Schmitta, że nawet jego najkrótsze teksty umieją poruszyć i zapamiętujemy je na długo. Dlatego chętnie sięgam po te najchudsze dzieła- szybkie, a mimo to warte przeczytania. Czy „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu” także są taką książką i czy zapadną mi w pamięć?




Momo jest młodym chłopcem mieszkającym na Żydowskiej ulicy we Francji wraz ze swoim ojcem prawnikiem. Jego relacja z tatą nie jest za dobra, mężczyźni nie rozumieją siebie nawzajem. Chłopiec tak właściwie jest samodzielny, jedyne co potrzebuje od ojca to pieniądze. Nie ma tam jakiejkolwiek więzi. Wyjątkowe relacje pojawiają się za to między młodym bohaterem a Panem Ibrahimem- niby-Arabem, właścicielem sklepu. Prze zbieg wydarzeń Momo i Pan Ibrahim wkraczają razem w świat pełen przygód.
U Schmitta dzieci zawsze są wyjątkowo przedstawione. Brutalnie potraktowani przez świat mają wiedzę o rzeczach tabu, które powinni poznać daleko w przyszłości. Mimo tego wiele nie wiedzą w kwestiach duchowych i społecznych są okaleczeni. To samo jest z Momo, który kradnie i zadaje się z prostytutkami, a jednak nadal ma w sobie wiele z dziecka.
Pan Ibrahim i dziwki sprawiali, że życie z moim ojcem stawało się jeszcze trudniejsze. Zacząłem robić coś strasznego i niesłychanego: porównania. Kiedy przebywałem z ojcem zawsze było mi zimno. Z panem Ibrahimem i dziewczynami było cieplej i jaśniej.
Relacje łączące chłopca i sklepikarza są wyjątkowe, prawdziwe, wręcz rodzicielskie. To Pan Ibrahim uczy i pokazuje Momo świat. W książce poruszane są bardzo ważne kwestie jak religia, podejście do życia z uśmiechem czy wybaczenie. Razem z chłopcem poznajemy tajemnicę szczęścia. Ważną rolę pełni tu też matka chłopaka. Uważam, że jej wątek mógł być ciut bardziej rozwinięty.
Szaleństwo. Nikt mi się nie może oprzeć. Pan Ibrahim dał mi broń absolutną. Cały świat bombarduję uśmiechami. Nikt nie traktuje mnie już jak psa.
Podsumowując „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu” to zdecydowanie piękna, mądra książka która, choć nie wywołała we mnie tylu emocji, co „Oskar i Pani Róża” zdecydowanie jest wartościową lekturą i warto wybrać się w wyjątkową podróż z tymi dwoma bohaterami.
Moja ocena- 7/10
Snowflake

środa, 25 stycznia 2017

Milena Wiktoria Jaworska "Miles"

Książki to zdecydowanie coś niezwykłego, a ich autorów, tworzących swoje własne światy, postacie, historię, którymi żyją, zagłębiają się w nie, rozwijają i przedstawiają możemy nazywać wręcz geniuszami. Jednak z umiejętnościami wiąże się doświadczenie, a co za tym idzie wiek. I choć nic nie mam do młodych twórców to najczęściej ich książki po prostu mnie zawodzą. Czy tak samo było w przypadku „Miles” której autorka podczas wydawania miała 16 lat?
 
 
Millie jest odludkiem. Jej charakter, zainteresowania, a w szczególności pozycja ojca, znanego polityka, który ubiega się o fotel prezydencki zdecydowanie nie pomagają. Jedną z niewielu rzeczy, które odprężają dziewczynę są gwiazdy, fascynujące ją, wciągające. Jej tajemnicza więź z ciałami niebieskimi nie jest przypadkowa, okazuje się bowiem, że dziewczyna nie jest zwykłym człowiekiem. We wkraczaniu w nowy, nieznany świat pomoże jej Aries. Wkrótce połączy ich uczucie, które nie powinno istnieć.
Przyznam, że nie przepadam za paranormal romance, chociaż wiem, że czasem można napisać dobrą książę z tego gatunku. Zazwyczaj jednak charakteryzuje je schematyczność. Tak samo jest w tym przypadku, on i ona, połączeni zakazanym uczuciem, mający niezwykłe moce. Było i to nie raz. Koniec książki można przewidzieć już po opisie, szczególnie, że składa się ona głównie z wątku miłosnego. Jest tu jednak mały powiew świeżości…
Zamiast typowych wampirów czy wilkołaków mamy gwiazdy. I to nie byle jakie z ciekawymi mocami, często niespotykanymi i poruszającymi wyobraźnię, jak pył, czy atmosfera. Mimo to przedstawienia tych ciekawych umiejętności było bardzo mało, tak jak ukazanie genezy gwiazd, skąd pojawiły się na ziemi, co będzie z nimi dalej. Zamiast tego mamy dużo o wspomaganiu Charliego Johnsona w jego politycznej walce, czy słodkicg scen z Millie i Ariesem w roli głównej.
Gwiazdy są tylko na niebie, na ziemi są ludzie, małe istoty, które niewiele mogą i zabijają się o to, kto na jakim stołku usiądzie. Ludzie zachowują się gorzej niż zwierzęta.
Jednak uczucie przedstawione w książce również nie zachwyca. Miłość po prostu się pojawia, znikąd, a bohaterka od razu się jej poddaje. Żadnego powolnego rozwoju relacji, ich dojrzewania. Szczerze nie wiem nawet w którym momencie to się zaczęło, ponieważ nawet ich „przyjaźń” była jak jeden wielki romans. Rodzicom głównej bohaterki również nie przeszkadza pojawiający się znikąd chłopak, deklarujący wielkie uczucia do ich córki. Znajomość jest krótka, tak właściwie bohaterowie nic konkretnego o sobie nie wiedzą a mimo to łączy ich miłość, która w moim odczuciu jest bardzo sztuczna i płytka, choć pełna wielkich słów.
Dał mi miłość, którą mogę opisać jako skrzydła, które unoszą mnie do góry za każdym razem, gdy nasze spojrzenia się splatają, gdy czuję ciepło jego oddechu w pobliżu, gdy sprawia, że wszystko wygląda na wyjątkowe mimo tego, że dookoła czai się masa zła.
Rodzice Millie pełnią ważną rolę w książce, wspierając córkę w świecie którego nie zna. Są obecni, co jest plusem, bo często w książkach młodzieżowych rodzina głównej bohaterki po prostu zostaje olana. Tutaj mamy ukazane uczucia łączące dziecko z rodzicami, są jednak bardzo sztuczne, idealizowanie, bez jakichkolwiek wad. Wszelkie sprzeczki zostają od  razu rozwiązane, a ich życie jest pozbawione jakichkolwiek problemów, nienaturalne. Mimo to jest to zaleta, a tę trochę nienaturalną relację fajnie się obserwowało.
Bohaterowie są jednowymiarowi, nie umiałabym przyporządkować do nich żadnych istotnych cech. Przez narrację pierwszoosobową powinniśmy poznać trochę lepiej uczucia głównej bohaterki, jednak tego tutaj również nie ma. Książka składa się głównie z akcji upchniętej w 220 stronach i czuję, że przeczytałam powieść o wszystkim i niczym na raz. Emocje przekazywane są źle, na jednej stronie bohaterka umie zacząć awanturę i ją skończyć, przez co i fabuła i dialogi są bardzo sztucznie. Muszę też ponarzekać na wydanie, pełne błędów, nie tylko gramatycznych, lecz i składniowych.
Podsumowując „Milles” to bardzo dobry pomysł zmarnowany przez brak doświadczenia autorki. Wątpię, że sięgnę po kolejną część. Żałuję trochę, że naprawdę fajny koncept gwiazd ukazany chwilami w naprawdę ciekawy sposób został tak słabo rozwinięty. Pozostaje nadzieją , że druga część trylogii Plejady lepiej ukaże ten temat, choć w tej chwili nie wiem, czy po nią sięgnę. Mimo to doceniam pomysł, ponieważ zdecydowanie gwiazdy są warte uwagi. :)
Moja ocena- 2/10
Snowflake