sobota, 30 grudnia 2017

18 książek, które mają dla mnie ogromne znaczenie



Wczoraj miałam urodziny. Tak, jestem już stara, pełnoletność uderzyła mnie prosto w twarz wraz z maturą, urzędowymi sprawami i wszystkimi innymi rzeczami przy których załatwianiu nie będę mgła wysłużyć się rodzicami. Ale nieważne.

Pomyślałam, że z okazji mojej osiemnastki mogę przedstawić wam 18 najważniejszych dla mnie książek, które mnie urzekły bądź mam z nimi jakieś ważne wspomnienie. To zaczynajmy!

Kiedy byłam mała mama zawsze czytała mi baśni. Pamiętam, że kiedy sama już nauczyłam się czytać chciałam przeczytać całą tę książkę samodzielnie, od deski do deski, ale nigdy mi się to nie udało. W podstawówce raczej nie lubiłam czytać. Jedną z niewielu książek, którą pamiętam i lubiłam z tamtych czasów są „Dzieci z Bullerbyn”. Przeczytałam je chyba z 3 razy i nadal ją uwielbiam. Jest w niej jakaś niesamowita atmosfera. Częściej czytać zaczęłam dopiero pod koniec podstawówki przez… „Zmierzch”! Tak, kiedyś zaczytywałam się w romansach nadnaturalnych (i zawsze wolałam Jacoba od Edwarda). Właśnie pod koniec podstawówki założyłam swoją kartę biblioteczną z której korzystam zresztą do teraz. 
W gimnazjum miałam najfajniejszą bibliotekę szkolną i najmilsze Panie bibliotekarki ever. Mnóstwo konkursów i spędzonych tam przerw. To jedne z najlepszych wspomnień tamtego okresu. Zawsze mieliśmy nowości, które nam polecano. To właśnie przez sugestię Pani bibliotekarki przeczytałam „Złodziejkę książek”, która mną wstrząsnęła. Początek gimnazjum to też dwie inne miłości, mianowicie Harry Potter i Percy Jackson. Książki te pokochałam (nawet mój kot ma na imię Percy). Odchodząc z gimnazjum za wysokie wyniki czytelnicze otrzymałam od biblioteki „Cień wiatru”, piękną książkę, która na zawsze będzie mi przypominać moją ulubioną bibliotekę. Będąc jeszcze przy gimnazjum, to właśnie wtedy polubiłam lektury. Szczególnie dwie bardzo wzruszające i mądre książki, które uwielbiam – „Oskara i Panią Różę” oraz „Małego księcia”
Liceum to nowi przyjaciele i ich polecenia książkowe. Tu z pewnością króluje „Wybacz mi, Leonardzie”, które przeczytała i pokochała większość naszej paczki. Poza tym istotną książką, którą ktoś mi podarował, a zarazem polecił była „Zielona mila”, którą dostałam od wujka na święta. Od tego czasu co rok dostaję coś Kinga i chyba nie za szybko zerwę z tą tradycją. ;) 
I zaczyna się moja „kariera” blogerki od recenzji „Misery”, która mnie przeraziła (w dobrym tego słowa znaczeniu). Potem pierwsze sukcesy w konkursach jak przy „Oblubienicach wojny”, pierwsza współpraca i przy okazji pierwsza przeczytana przeze mnie książka po angielsku „Alicja w Krainie Czarów” czy pierwsza książka oceniona przeze mnie 10/10 – „Życie Pi”. Mam nadzieję, że z czasem będzie coraz więcej wspomnień, które wiążą się z książkami i blogiem. 
Ale to nie wszystko! Dzięki „Ekspozycji” zaczęłam sięgać pewniej po polskich autorów i doceniać ich pisanie. Dzięki przyjaciółkom odkryłam Brenta Weeksa i przeczytałam „Drogę Cienia” a potem inne jego książki. I kończące wakacje 2016 „Inne zasady lata”, czyli książka, która całkowicie mnie poruszyła, przy której się wzruszyłam i chyba w tamtym czasie była mi bardzo potrzebna.

Ach, tyle wspomnień związanych z książkami! Mam nadzieję, że będzie ich coraz więcej! Macie jakieś książki, które obdarzacie sentymentem i przywołują jakieś ważne wspomnienie?
Do następnego postu!
Snowflake

czwartek, 28 grudnia 2017

Stop stereotypom wobec cheerliderek!| "W śnieżną noc" Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle



Jak co Święta nabrałam ochotę na jakąś ciekawą książkę, która wprowadzi mnie w ten gwiazdkowy klimat. Najpierw nie miałam nic na oku, potem zebrało mi się parę książek, a skończyło się na tym, że czytałam coś, czego w ogóle nie miałam w planach, mianowicie „W śnieżną noc”. Do książki tej zachęciła mnie ładna okładka i znane (choć nielubiane) nazwisko (miałam nadzieję, że zmienię zdanie o autorze). Czy trzy świąteczne opowiadania urzekły mnie i wprowadziły we wspaniały klimat?
Zaczynając w kolejności książkowej, ale też od najlepszego opowiadania mamy „Podróż wigilijną” Maureen Johnson. Poznajemy w nim Jubilatkę, która przez komiczne wręcz aresztowanie jej rodziców musi jechać na święta do babci. W drodze przez pewne wydarzenia zaczyna kwestionować swój związek i jej rolę w nim. Więcej nie zdradzę, aby nie popsuć. W skrócie: zabawne i urocze, lekko trącające schematem, ale można na to przymknąć oko.

Następnie poznajemy historię Johna Greena „Bożonarodzeniowy cud pomponowy”. Nadal nie rozumiem, czemu autor ten jest tak poczytny. Opowiadanie było okej. O trójce przyjaciół, którzy w święta jadą do pewnej knajpy, gdzie nagle znalazła się drużyna cheerliderek, bo je podrywać. Ścigają się przy tym z innymi amantami. Trochę pokręcone, nie? Mimo to było nieźle. Na plus zdecydowanie poczucie humoru. Jedyne, co mnie raziło, to wątek miłosny, który miał być głównym motywem opowiadania.

I trzecie opowiadanie, czyli jakiś dramat. Bardzo popsuło moją opinię o całej książce. Lauren Myracle przedstawia nam historię „Święta patronka świnek” o dziewczynie, która zdradziła chłopaka, cierpi przez rozstanie i postanawia się zmienić, bo jest egocentryczką. Przy okazji ma odebrać świnkę dla swojej przyjaciółki. Główna bohaterka to był dramat. Jej przemiana to był dramat do kwadratu, a scena w Starbucksie to dramat do potęgi n.

Wszystkie trzy opowieści są ze sobą powiązane przez czas, bohaterów i miejscowość. Nawiązania do pierwszej historii mamy w kolejnej itd. Niestety według mnie powiązania te są bardzo nachalne, jakby autorzy afiszowali się: TAK! TO JEST JEDNO UNIWERSUM! PODZIWIAJCIE NASZ GENIUSZ! Najgorzej było chyba w ostatnim opowiadaniu, gdzie nagle wszyscy się spotykają w Starbucksie! Ogólnie Starbucks pełni w tej książce ogromną rolę.

Jedyne dwie rzeczy, których czytelnik może nauczyć się po lekturze tych książek: Starbucks, mimo jego ogromnej komercji jest fajny, bo pracują w nim normalni ludzie i nie wszystkie cheerleaderki są głupie. To była dewiza całej książki i każdy bohater o tym mówił. Chwilami czekałam na ogromny transparent z napisem: „Stop stereotypom wobec cheerliderek”. Z drugiej strony wszystkie pojawiające się pomponiary są totalnie puste. Gdzie tu jest sens?

Jeśli chodzi o klimat to przyznam, opowiadania nadają świątecznej atmosfery, szczególnie to pierwsze. Reszta już trochę w tym aspekcie mnie zawodziła nie było jednak źle. Był to oczywiście klimat Bożego Narodzenia w USA, gdzie nie ma typowej polskiej wigilii i niektórych tradycji. Nie przeszkadza to jednak, bo z filmów bardzo dobrze znamy obraz Świąt w Stanach. Jak kto woli, można sięgnąć po książki ze świętami w polskim lub zagranicznym klimacie. Osobiście już wiem, że wolę to pierwsze.

Podsumowując, „W Śnieżną noc” to przeciętne opowiadanie świąteczne. Pełnią swoją rolę, wprowadzają w pewien sposób w Świąteczny klimat i łatwo się je czyta. Jeżeli przymknie się oko na niektóre schematy (co zrobiłam) i na ostatnie opowiadanie (czego nie udało mi się zrobić i popsuło mi ono mniemanie o tej książce) można dobrze się bawić. Osobiście niestety jestem zawiedziona.
Moja ocena - 5/10 
Czytaliście jakieś dobre, świąteczne książki? 
Do następnego postu!
Snowflake

środa, 20 grudnia 2017

Najlepszy prezent na ostatnią chwilę!



No dobrze, przyznajcie się. Pewnie nadal nie macie kupionych wszystkich prezentów, albo – tak jak ja, nie macie ich prawie w ogóle. Za późno na ratowanie się sklepami internetowymi. Poza tym odwieczne utrapienie gwiazdki – co kupić? Co może spodobać się prawie nieznanej cioci, koleżance z klasy, którą ledwo znamy, znajomemu z pracy? Co łatwo dostaniemy w każdym mieście? Jak to co, książkę!

Bo spójrzmy na to tak: Święta to idealny czas, żeby namówić kogoś do czytania. Bo jeśli ktoś dostanie książkę to często choćby z grzeczności ją przeczyta. A jeśli trafimy z dobrą książką to może nawet się wciągnie! Oczywiście nie działa to we wszystkich przypadkach, bo są takie uparciuchy (jak mój brat), które od literatury trzymają się z daleka i wiem, że jemu nigdy książki nie kupię (chociaż…) i jeśli wiecie, że ktoś ma awersję do czytania to nie zmuszajcie do tego ludzi.

Ale jak trafić z książką? Zawsze można iść w stronę zainteresowań. Może coś o fotografii dla amatora cykania zdjęć lub biografia sławnego piłkarza dla fana sportu? To dobra opcje, bo nie wykracza poza krąg zainteresowań obdarowywanego. Można też sugerować się gustem filmowym. Jeżeli ktoś lubi horrory idziemy w literaturę grozy, jeśli ktoś ogląda romanse to chętnie i romans przeczyta.

Ważne jest, żeby trafić z „pierwszą”, bo ona może zachęcić, ale też zniechęcić do dalszego czytania. A co jeśli ktoś już od dawna czyta? Wtedy już wiadomo, że książka będzie trafionych prezentem, lecz zawsze jest obawa, że zakupiony tytuł był już czytany. I tu są trzy opcje. Dopytać się, ale to jest ryzykowne, jeśli nie chce wpaść się z prezentem. Iść w inny gatunek, ale osobiście nie za bardzo lubię tę metodę, bo można łatwo spudłować. I kupić coś mało popularnego z danego gatunku, co wydaje mi się najlepszą opcją. Pomyślałam więc, że w tym roku w prezentowniku na ostatnią chwilę zaproponuję i popularne serie, od których warto zacząć, albo dobre, a nieznane książki, po które warto sięgnąć.

Zaczynając o najmłodszych (no może nie najmłodszych, a dzieciaków z podstawówki). Od czego warto zacząć? No to chyba wiadome Harry Potter, Percy Jackson czy seria Zwiadowcy z pewnością podbiją młode serca rządne przygód! Ale co jeżeli ktoś już to poznał? Myślę, że seria Alcatraz kontra bibliotekarze jest nowa na rynku, jeszcze nie aż tak znana i na pewno pełna przygód i humoru! I zdecydowanie spodoba się i młodszemu i starszemu.

A co dla młodzieży? Zdecydowanie niezwykłą książką o dorastaniu jest „Charlie” (do tego kojarzy się go dzięki filmowi). Podobnym stylem napisane, ale zdecydowanie mniej popularne są „Inne zasady lata” (niestety bardzo trudno je dostać). Ciekawe historie o miłości pisze Kasie West (na przykład „Chłopak na zastępstwo”) i zdecydowanie warto od nich zacząć przygodę z czytaniem. Nie można tu pominąć Greena i jego licznych i znanych młodzieżowych książek, które jednak mnie nie przekonują (ale również zachęcają ekranizacjami). Mniej znany (niestety) jest Matthew Quick, którego książki bardzo lubię („Wybacz mi, Leonardzie”, „Niezbędnik obserwatorów gwiazd”).  Mało znany jest również „Indeks szczęścia Juniper Lemon” na który warto zwrócić uwagę, bo przekazuje naprawdę niezwykły przekaz. Rzadko też sięga się po polskie młodzieżówki (np. „Niebo nad pustynią”), może warto i to komuś zaproponować?

Z fantastyką na początek było banalnie prosto. Dzięki filmom, serialom czy grom jest mnóstwo znanych tytułów. Na przykład saga Pieśń lodu i ognia Martina. Może fan serialu będzie mógł porównać sobie ekranizacje do pierwowzoru. Tak samo z fanami gier o Geralcie z Rivii, który pewnie chętnie sięgną po oryginalne opowiadania Sapkowskiego. Myślę jednak, że książki Tolkiena nie spełniają tej zasady, bo przez wielość opisów można się zrazić. Popularny tez jest Sanderson i jego twory, o nich jednak nie mogę się wypowiedzieć. A dla obeznanych? Oczywiście Brent Weeks. Cierpię, że ten autor choć tak genialny jest nieznany. Szczególnie polecam serię o Powierniku Światła, bo jestem w niej zakochana. Nie wiem, czy aż tak znana jest seria z Nikitą Anety Jadowskiej, ale według mnie zdecydowanie powinna byś, bo jest świetna!

Jeśli chodzi o grozę, to dla mnie oczywisty jest King, szczególnie „To” ze względu na ekranizację. Osobiście polecam „Misery”, bo jest dość krótka a na pewno wstrząsająca i przerażająca. Z mniej znanych polecam polskich autorów, czyli Artura Urbanowicza z „Gałęzistymi” i „Grzesznikiem” oraz Przemysława Piotrowskiego z „Drogą do piekła”. Mocne, dobre książki naszych, rodzimych autorów! A jeśli zależy nam na zagadce, kryminale. Zawsze i wszędzie Christie. Szczególnie, że napisała ona tyle książek, że pewnie niewiele osób przeczytała je wszystkie.

Na koniec coś ambitniejszego, z refleksją. I zdecydowanie muszę tu umieścić genialne „Życie Pi”, poruszające problem człowieczeństwa, religii. Jeżeli chcemy coś bardziej politycznego to idealny będzie „Folwark zwierzęcy” czy „Rok 1984” Orwella. I lubiany przeze mnie Schmitt z „Oskarem i Panią Różą”, czyli coś mega wzruszającego. Z mniej znanych podam inne tytuły tego samego autora, ubolewam, że nie czyta się ich tak często (szczególnie „Przypadek Adolfa H.”). „Piąte dziecko” czyli wstrząsająca książka o macierzyństwie (nagrodzona zresztą literacką nagrodą Nobla).

Mam nadzieję, że pomogła i do niedzieli zdążycie lecieć do najbliższej księgarni. Życzę miłego szykowania się do świąt i małych kolejek w sklepach! ;)
Do następnego postu!
Snowflake

środa, 13 grudnia 2017

Nie taki diabeł straszny, jak go malują| "Daredevil"



Zazwyczaj do seriali muszę mieć przynajmniej dwa podejścia. Tak było tez z „Daredevilem”, którego zaczynałam już dawno temu, przerwałam jednak po paru odcinkach. Teraz poczułam, że czas wrócić do historii początkującego prawnika, który w nocy ratuje Hell’s Kitchen. I udało mi się obejrzeć całość i – mimo mojego zwyczaj słomianego zapału do seriali, chcieć sięgnąć po kolejny. Co więc aż tak ujęło mnie w tym serialu?

Główny bohater serialu, Matthew pomimo dość młodego wieku wiele przeżył. W dzieciństwie stracił wzrok ratując człowieka. Następnie utracił ojca, wielkiego boksera, który tragicznie skończył dążąc do uczciwości. Dzięki ciężkiej pracy bohater zostaje prawnikiem i zakłada z przyjacielem Foggym własną kancelarię, nie chcąc pracować dla wielkich firm, które nieludzko traktują zwykłego obywatela. Tu jednak droga walczenia o dobro i sprawiedliwość się nie kończą. Matthew bowiem w nocy zakłada maskę i opiekuje się swoim miastem, karząc na własną rękę ludzi wyjętych spod prawa. Co jednak się stanie gdy trafi nie na zwykłego opryszka, a dużą zorganizowaną grupę trzęsącą całym miastem?

Głównym antagonistą tego sezonu jest Fisk. Do oskarżenia, pojmania i skazania go za zbrodnie, których się dopuścił dąży większość bohaterów, nie tylko Matthew. Czyny czarnego bohatera i jego grupy dosięgają bowiem o wiele większej ilości ludzi. Człowiek ten opanował policję, media, rządzi miastem. Wielka sieć kontaktów, znajomości i możliwości Fiska rozciąga się nad Hell’s Kitchem, a bohaterowie dążą do tego, by ją zniszczyć.

Skoro już jesteśmy przy antagoniście to zdecydowanie była moja ulubiona postać. Tak samo Killgrave’a jak w „Jessice Jones” nie da się go lubić, jednak chwilami się go rozumie, ma przerażającą historię, jakieś podłoże swoich działań. On również chce naprawić to miasto. Obrał jednak zupełnie inną drogę niż główny bohater. Poza tym fascynował mnie jego rozwijający się związek z Vanessą. Zdecydowanie była to najbarwniejsza postać.

Jeżeli chodzi o głównego bohatera również go polubiłam. Ma w sobie sporo patosu, który może przeszkadzać. Nie jest jednak wyidealizowany, posiada wiele wad, nie zawsze postępuje poprawnie. Pomimo swoich umiejętności nie raz zbiera baty, krwawi, musi się leczyć. Wacha się w swoich decyzjach, jego sumienie nie pozwala mu na niektóre kroki. Ważna tu jest jego religijność, głęboka moralność. To, ze nie raz się myli sprawia, że jest bardzo ludzki, rzeczywisty w swoich rozterkach.

Prócz Matta jeszcze wiele postaci pracuje nad tym, by Fisk został aresztowany. Jest to m. in. Foggy i Karen (bardzo irytująca postać), która została bardzo skrzywdzona przez czarny charakter. To ona w wielu momentach mobilizuje nowych ludzi i napędza tę uczciwą, prawomocną formę walki ze złem. W serialu również bardzo mi się podoba to, że jest przedstawiona i taka metoda starcia, nie tylko superbohatera, a również zwykłych obywateli, którzy często wiele poświęcają przeciwstawiając się złu. Serial wspaniale rozwija relacje w kancelarii. Nie jest to wyidealizowane, bohaterowie zmagają się z brakiem klientów. Przez wiele tajemnic kłócą się, sprawa Fiska jednocześnie ich łączy i rozdziela.

Krótko o aspekcie wizualnym. Jest dość ciemno, światło często ma określony kolor, niczym neony, światła miasta. Wszystko jest ogromnie klimatyczne, kojarzące się z brudnymi miejskimi uliczkami, ukrywającymi wiele tajemnic. Zauważyłam też sporo ciasnych przestrzeni, korytarzy, zaułków, również ogromnie klimatycznych. 

Nie napiszę jednak, że serial jest idealny. W pewnych momentach robi się ciut nudniej, a niektóre wątki zostały wprowadzone po nic, bezcelowo. Słabo również wypada końcówka, która chwilami robi się zbyt pompatyczna, za dużo się dzieje.

Podsumowując, „Daredevil” to ciekawy, dość krótki serial, gdzie superbohater przedstawiony jest trochę inaczej. Spodobał mi się przez wykorzystanie w nim prawa. Ponadto jestem zachwycona kreacją antagonisty, grą światła, relacjami bohaterów. Mimo to dostrzegłam tu sporo istotnych wad. Z pewnością sięgnę po drugi sezon i mam nadzieję, że poziom tego się utrzyma, a może i będzie wyższy.
Moja ocena - 7/10
Do następnego postu! 
Snowflake

niedziela, 10 grudnia 2017

Mój ulubiony miesiąc| Bullet journal grudzień 2017

Hej!
Nie macie pojęcia jak bardzo czekałam na grudzień! I przez mnóstwo wydarzeń, które teraz się staną, rychłe rozpoczęcie nowego roku, czyli w jakiś sposób nowego etapu, moje 18. urodziny, święta... Tak, to zdecydowanie będzie bardzo kluczowy miesiąc. Lecz nie tylko dlatego czekałam na ten miesiąc. Chciałam też jak najpiękniej zrobić go w bujo, bo pomysłów miałam mnóstwo!
Początkowa strona grudnia jest bardzo tradycyjna, bo zrobiłam świąteczny wieniec. Tak, jak w tamtym miesiącu przy uzupełnianiu dziennika pochłaniałam 2 sezon Stranger Things, więc bardzo niektóre strony kojarzą mi się z danymi scenami, tak tutaj oglądałam "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie". Naprawdę uroczy film, tylko trudno się go oglądało jednocześnie coś rysując, bo jest włoskojęzyczny i musiałam uważnie śledzić napisy.
Jedną z moich ulubionych stron w tym miesiącu są nawyki, które wyszły bardzo uroczo w tymi lampkami i światełkami. Co do zaznaczania, zazwyczaj malowałam jednym kolorem kredki, tym razem postawiłam na kreskowanie czerwonym długopisem. I na razie bardzo dobrze się to sprawdza. 
I moja ulubiona strona czyli posty! Wyszła bardzo skromnie, ale nie jest pusta. Bardzo spodobała mi się ta kolorystyka, nie jest przesadzona, bardzo elegancko to wygląda. Poza tym jak widać notuję tu ołówkiem, bo zawsze, gdy moje plany się zmienią, mogę coś zetrzeć i zapisać gdzie indziej.
Cały miesiąc został zapisany na jednej stronie. Chcę zobaczyć jak mi się to sprawdzi i jak na razie jest ok! 
Teraz właśnie zdałam sobie sprawę, że zapomniałam o stronie z przeczytanymi i obejrzanymi! No cóż, gdzieś to dorobię. Za to mam śliczną stronę na postanowienia i rozpoczęcie roku 2018. Nie wiem jednak, czy dalej będę prowadzić tu dziennik. Może Mikołaj przyniesie mi jakiś inny notes... ;)

Miałam też krótko podsumować stronę z miesiącem systematycznej nauki z poprzedniego miesiąca. Ok, ona totalnie mi nie wyszła. Wszystko przez nagłą zmianę planów maturalnych. Zdecydowanie nie była dla mnie to odpowiednia metoda planowania...
A jak wy zamierzacie rozpocząć rok 2018? W kalendarzu, plannerze, bujo, czy może całkowicie sponatanicznie?
Do następnego posta!
Snowflake