środa, 22 listopada 2017

Peter Wohlleben "Sekretne życie drzew"



Pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę książkę, jakiś rok temu. Od razu wpadła mi w oko! I wstyd się przyznać, ale nie treścią, tylko okładką. A czytać tak właściwie nie miałam zamiaru, bo czułam, że „Sekretne życie drzew” to nie moja tematyka. Teraz jednak chęć sięgnięcia po nowy gatunek przekonała mnie do tej książki. I co? Przepadłam.

Peter Wohlleben, autor książki, z zawodu leśnik w tej lekturze przekazuje nam ważne i ciekawe aspekty z życia drzew, o których często nie mamy pojęcia. Swoje teorie popiera własnymi doświadczeniami oraz licznymi badaniami, dzięki czemu są całkowicie wiarygodnie. Wraz z nim powoli poznajemy nieznany nam dotąd świat drzew.

Powoli? Z pewnością, bo przyznam, że trochę zajęło mi przeczytanie tej książki. Myślałam, że będzie to lektura, na 2-3 wieczory, a spędziłam nad nią ponad tydzień. Nie uważam tego za wadę książki, myślę, że każdą lekturę popularnonaukową czyta się powoli prze to, że przyswajamy tam sporo informacji. Przy czytaniu miłe też są krótkie rozdziały dotyczące każdego zagadnienia, dzięki czemu wygodniej się czyta, bo często można bezproblemowo oderwać się od książki, albo z drugiej strony przysiąść i przeczytać rozdzialik jako przerwę i odpoczynek od pracy, nauki, czegokolwiek.

Jeżeli chodzi o informacje przekazywane tutaj, według mnie są naprawdę ciekawe! Dużo z tego zapamiętałam i powtarzam, a moi znajomi już tylko przewracają oczami. Wszystko opisane jest miłym, codziennym językiem. Wiadomo, jest tu trochę fachowych nazw, lecz nie zaczerpniętych znikąd, a zawsze odpowiednio wytłumaczonych. Wszystkie te zagadnienia, większość nazw drzew jest dla nas znana, ponieważ autor w głównej mierze odnosi się do Europy środkowej.

Książka ta też może dać nam wiele do pomyślenia. Bo gdy wiemy, że drzewa mają zmysł węchu, przekazują sobie informacje, wspierają inne drzewa czy zapamiętują to nadal będziemy tak je trwonić? Po przeczytaniu tej książki będę się starała, choćby sama w domu na małą skalę nie marnować drewna czy papieru, aby kolejne drzewa nie musiały tak często być ścinane na moje wymysły. Niby to mało, ale pomyślmy, że każdy człowiek, który przeczytał te książkę tak się zachowa. Zacznie choćby zbierać makulaturę. Może to doprowadzić do (małych, ale jednak) zmian na świecie.

Z drugiej strony chwilami wydawało mi się, że autor przesadzał, zachowywał się jakby człowiek był jedynym złem tego świata i najlepiej jakby go nie było. Wiem, że drzewa są tu znacznie dłużej od nas, ale takie ujęcie sprawy trochę mi przeszkadzało.

Podsumowując, „Sekretne życie drzew” to napisana przyjemnym językiem, łatwa w odbiorze książka przekazująca nam wiele ciekawych informacji ze świata, który nas otacza. Nigdy nie byłam bardzo zainteresowana taką tematyką, dzięki tej książce jednak chcę lepiej poznać otaczający mnie świat i na pewno jeszcze nie raz sięgnę po tego typu pozycje. Prócz tego „Sekretne życie drzew” sprawiło, że dłużej zastanowiłam się nad niektórymi rzeczami i odrobinę zmieniło mój światopogląd. Serdecznie polecam, bo to jest coś, po co rzadko się sięga, a szkoda.
Moja ocena – 7/10
Czytaliście coś w takim stylu?
Do następnego postu?
Snowflake

sobota, 18 listopada 2017

Bullet journal październik/listopad 2017



Hej!
Przez zawirowania związane z postami dawno nie pojawił się wpis z prowadzonym przeze mnie bullet journalem. A, co mnie zaskoczyło, bardzo wkręciłam się w tę metodę planowania. Na tyle, że wyrzuciłam kalendarz, polegając jedynie na dzienniku. Zapisuje w nim wszystkie prawy, zaczynając od szkoły, przez sprawy blogowe aż do towarzyskich. I w przypadku wypełniania dziennika mój słomiany zapał przegrał.

No dobra, we wrześniu było różnie. Nie wypełniałam tego zbyt regularnie, nie miałam siły, nie chciało mi się. W październiku za to regularnie wypełniałam każdą lukę. Jedyne, co próbowałam, a mi się nie przyjęło to oznaczanie humoru. Po prostu po jakimś czasie zapomniałam o tej małej tabelce w której rysowałam buźki. Trudno, najwyraźniej to po prostu nie dla mnie. Zrezygnowałam zresztą z wielu początkowych tabelek, które trzeba codziennie wypełniać, na rzecz jedynie nawyków i wypisywania „Dziękuję za…”.

Wielką frajdę sprawia mi też ozdabianie dziennika! Planowanie tabelek, wymyślania tematu do każdego miesiąca. Już nie mogę się doczekać świąt, mam tyle pomysłów na grudniowe ozdabianie, czas zacząć je realizować! Poza tym mego polubiłam washi tape. Wystarczy przykleić ją w paru miejscach i już wszystko wygląda lepiej.

W październiku królowała jesień, pomarańcz, fiolet, strzałki. Listopad za to upłynął pod znakiem deszczu. Jest to już miesiąc bardziej pochmurny z gołymi drzewami, dlatego nie chciałam znów stosować ciepłych barw. A chmurki i parasoleczki według mnie wyglądają naprawdę uroczo. Pierwsza strona była ciut inspirowana okładką „Pana Mercedesa”.

Z czasem wypełniania dziennika nauczyłam się, jakie metody o mnie działają, a jakie nie. Wiem już, że wypełnianie dwustu tabelek wieczorem nie jest dla mnie i musiałam je ograniczyć. Za to poznałam dwie rzeczy, które bardzo dobrze mi się sprawdzają. Mianowicie listy rzeczy do zrobienia, które zawsze trzymam w bujo. Odhaczanie rzeczy już zrobionych jest naprawdę satysfakcjonujące. Poza tym, gdy coś jest naprawdę ważne zapisuje to na karteczce samoprzylepnej, którą przyklejam na właściwej stronie. Dzięki temu rzadziej o czymś zapominam. Na zdjęciu moja ulubiona strona z listopada – wszystko dzięki tym chmurkom!


To zdjęcie było inspiracją. Źródło - Pinterest.
W listopadzie próbowałam także wziąć udział w miesiącu systematycznej nauki. Próbowałam, bo parę rzeczy się pozmieniało. W następnym miesiącu powiem wam jak wygląda uzupełniona tabelka do tego, choć raczej wygląda to licho. Może jednak uda mi się do tego wrócić, zobaczymy…

Mam nadzieję, że następny post z dziennikiem pojawi się prawidłowo, za tydzień. Próbowaliście prowadzić swój bujo? Jeżeli nie, to polecam, świetna forma planowania!
Do następnego posta!
Snowflake

sobota, 11 listopada 2017

Na stos z nimi! Stosik: III kwartał 2017



Hej!
No dobra, jest już połowa IV kwartału roku, a ja dopiero podsumowuję III. Tak, mam małe opóźnienia w postach. Ale nadrabiam jak widać! Myślałam, że przez wakacje kupię mało książek. Trochę się pomyliłam, bo książeczka do książeczki wyszło tego parę sztuk. Nie tak dużo jak w poprzednim stosiku, ale trochę jest. Na moją półeczkę przywędrowało 10 książek, z których bardzo się cieszę! Tak jak ostatnio książki podzieliłam na różne kategorie.


Najpierw wakacje, potem szkoła. Przez ten okres za bardzo nie miałam czasu na branie udziału w konkursach czy rozdaniach, dlatego z wygranych przyszła do mnie tylko jedna, zaległa książka. „To, co najważniejsze” wygrałam u Wielopasji. Trochę słyszałam o autorce, więc jestem ciekawa tej powieści!

Jak na mnie to sporo książek zostało kupionych przeze mnie, tak bez okazji. Choć sobie tłumaczę, że zawsze okazja była! Na przykład za dwie książki Hamleta dałam chyba 15zł! To jest okazja, nie? Tak samo „Wotum nieufności” kupiłam po taniości, nie myśląc o tym, że też będę musiała polować i na drugi tom w wersji kieszonkowej, bo inaczej jak to będzie wyglądać na półeczce! A kupując „I am pilgrim” wygrałam życie, bo dałam za nią 3 zł w jakimś lumpeksie. W stanie idealnym! Zamierzam użyć jej do nauki angielskiego, poszerzania zasobu słownictwa i oswojenia z językiem przed maturą. Stąd tylko „Koralinę” kupiłam w cenie okładkowej, sama sobie na imieniny. ;)

Poza tym przybyło do mnie trochę książek recenzenckich. Dzięki temu mogłam przeczytać świetnego „Grzesznika”, „Radykalnych. Terror”, wstrząsającą „Drogę do piekła”, czy poruszający „Indeks szczęścia Juniper Lemon”. Zdecydowanie trafiły do mnie same dobre pozycje recenzenckie.

A ile wy nabywacie książek? Ja dążę do tego, żeby mieć wszystko na półce przeczytane, ale raczej słabo mi to idzie. ;)

Pozdrawiam!
Snowflake

środa, 8 listopada 2017

Aneta Jadowska "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów"



Od dawna spotykałam się z opinią, że polskie fantasy ssie. I przykro mi, ale „Ostatnie życzenie” mnie nie przekonało, więc sama zaczęłam zastanawiać się ile jest prawdy w tym stwierdzeniu. Aż na horyzoncie pojawiła się Aneta Jadowska i wychwalana w całych Internetach Seria z Nikitą. Spotkałam w bibliotece, sięgnęłam z ciekawości. Przepadłam.

Mamy alternatywną Warszawę. Miejsce, podzielone na dwie części – Warsa i Sawę, w którym po wojnie magia oszalała. W Warsie jest okrutnie i niebezpiecznie, w Sawie jeszcze gorzej. Mamy też główną bohaterkę, członkinie Zakonu, na uboczu i nielubianą. Inni członkowie po prostu się jej boją, bo jej partnerzy zazwyczaj ginęli w dziwnych okolicznościach. Nikita w życiu ma bardzo mało osób, którym naprawdę ufa, lecz dla tych naprawdę jest w stanie się poświęcić, dlatego kiedy ginie ważna dla niej postać, tytułowa dziewczyna z Dzielnicy Cudów, dziewczyna angażuje się w sprawę i jej celem jest odnaleźć tę kobietę. Jaki związek z całą tą sytuacją ma nowy partner Nikity, tajemniczy i dziwny Robin?

W tej książce wszystkiego dowiadujemy się powoli, co bardzo mi się podoba. Jesteśmy od razu wrzuceni w akcję i wiadomości o bohaterach czy świecie dochodzą powoli, stopniowo, co bardzo mi się spodobało. Nie lubię sytuacji w której już w pierwszym rozdziale bohaterka opowiada całe swoje życie, przez takie infantylne zagrania jestem zniechęcona do narracji pierwszoosobowej. Tu, choć ta narracja występuje, nie mam z nią problemu. Może to dlatego, że zdecydowanie polubiłam główną bohaterkę…

Choć polubiłam to za małe słowo! Powinnam zacząć spisywać książkowych mężów i żony, wtedy ona byłaby jedną z kobiet na szczycie tej listy! Jest naprawdę świetna, ma twardy charakter, przez wydarzenia podchodzi do ludzi nieufnie, lecz ma grupę osób, na których jej bardzo zależy. Tak jak pisałam fakty o niej poznajemy powoli i dzięki temu z każdą historią i wydarzeniem z jej życia coraz bardziej ją lubiłam. 

Dzięki temu twardemu charakterowi głównej bohaterki niektóre sytuacje, które łatwo możnaby zmienić w zbyt dramatyczne i pompatyczne tu – choć nadal są ważne nie przekraczają tej granicy i nie są przesadzone. Czytelnik przejmuje się nimi, zdecydowanie, ale nie jest to zbyt naciągane na uczucia. Choć w jednej sytuacji według mnie przydałoby się więcej dramaturgii.

Kolejną ważną postacią jest nowy partner Nikity – Robin. O nim tak właściwie prawie do końca książki wiemy niewiele. Dopiero później, z odkrywaniem poszczególnych faktów zaczynamy rozumieć całą tę aurę tajemniczości, którą owiana jest ta postać. Czytelnik nie ma jednak zdradzonych wszystkich faktów i z pewnością zostaje pewien niedosyt odnośnie tej postaci, chce wiedzieć się więcej. Reszta bohaterów drugoplanowych jest naprawdę ciekawa, znalazłam wśród nich parę perełek, które na pewno zostaną długo ze mną, ale nie chcę ich wszystkich przybliżać, by nie niszczyć przyjemności z lektury i poznawania ich samemu.

Co wyróżnia tę książkę to bardzo ciekawy świat, osadzony w naszej historii, a dzięki temu wiarygodny (choć trudno mówić o fantastycznym świecie, że jest wiarygodny). Mamy tu dużo ciekawych sytuacji, takich jak czkawka, stworzeń, zarówno groźnych jak i tych łagodnych. I dzielnice, z których tytułowa Dzielnica Cudów najbardziej się wyróżnia. Tworzy ona niesamowity klimat już minionych lat, jednak również nie jest wyidealizowana i problemy tamtych czasów nadal tam pozostały.

Podsumowując, „Dziewczyna z dzielnicy cudów” to książka, która zdecydowanie zachwyciła mnie zarówno światem, jak i bohaterami. Z chęcią sięgnę po następną część. Teraz jestem pewna, że jeśli ktoś powie mi, że nie mamy dobrej, polskiej fantastyki polecę mu książkę Pani Jadowskiej. Serdecznie wszystkim polecam i gwarantuję, że bardzo łatwo zakochać się w tym świecie, bohaterach i z zapartym tchem śledzi się kolejne wydarzenia.
Moja ocena - 8/10
Do następnego postu!
Snowflake

sobota, 4 listopada 2017

Podsumowanie i ulubieńcy października

Hej!
Czy tylko mi czas tak szybko płynie. Dopiero co narzekałam na wrzesień. Ale dziś, pomimo zbliżających się próbnych matur nie mam zamiaru narzekać! Czemu? Bo październik był miesiącem, którym w końcu udawało mi się znaleźć czas i na szkołę i na książki, dzięki czemu przeczytałam parę fajnych powieści!
Przeczytane:
  • Przemysław Piotrowski "Radykalni. Terror"
  • Przemysław Piotrowski "Droga do piekła"
  • Jeff Giles "Na krawędzi wszystkiego"
 Razem przeczytałam 1129 stron, czyli około 36 stron dziennie.
No dobrze, może żadnego rekordu nie pobiłam, ale i tak jest coraz lepiej. I mam nadzieję, że wynik będzie się tylko poprawiał, szczególnie, że już w listopadzie przeczytałam jedną ksiażkę. ;)
Najlepsza książka: "Droga do piekła"
Najgorsza książka: - (Nie chcę wybierać, bo obie książki były naprawdę fajne i żadna nie zasługuje żeby tu być).

Ponadto w październiku ulubiłam:
"Stranger things". Ten seria zalepił dziurę w moim serduszka, która powstała w tęsknocie za "To". No dobrze, tutaj nie ma klaunów, ale jest klimat tamtych lat, grupy przyjaciół, tajemniczych zdarzeń, a nawet więcej. Pomimo tego, że jest on dość krótki mega zżyłam się z bohaterami i przez oba sezony bardzo im kibicowałam! Od razu ostrzegam, według mnie drugi sezon jest słabszy, ale nadal jest dobry.


"Thor: Ragnarok". Pierwszy "Thor" w takim klimacie, pierwszy, który aż tak mi się podobał. Przyznam, że po pierwszym zwiastunie nie byłam zachwycona, ale na seansie bawiłam się świetnie! Mega zabawny, odjechany, świetny soundtrack! No i wspaniali bohaterowie. <3

Bullet journal. Już wcześniej pisałam o jego zaletach, ale czuję, że dopiero teraz doceniam go, jaki idealny przedmiot do ogarniania rzeczywistości i zarządzania czasem. Coraz lepiej korzysta mi się z tej metody planowania i jestem pewna, że szybko jej nie porzucę!

A co was urzekło w październiku? Piszcie w komentarzach!
Pozdrawiam!
Do następnego postu!
Snowflake

środa, 25 października 2017

Jeff Giles "Na krawędzi wszystkiego"



Uwielbiam zimę. To moja ulubiona poru roku, zachwyca mnie spokojnym, białym krajobrazem, wszechobecnym śniegiem i miłym chłodem. I to był chyba argument, który przyciągnął mnie do tej książki: piękne, zimowa okładka i wydarzenia, dziejące się właśnie tą porą. Poza tym miałam ochotę na ciekawą, przyjemną młodzieżówkę? Czy ją dostałam?
Zoe, ma za sobą trudny czas, w którym straciła ojca oraz przyjaciół w postaci pary staruszków, mieszkających w pobliżu. W dzień zamieci śnieżnej, gdy jej matka musiała zostać w mieście, a ona zająć się bratem stało się coś niezwykłego. Właśnie wtedy poznała Iksa, który uratował jej życie. Wraz z jego przybyciem życie dziewczyny całkowicie się zmieniło, pojawiły się w nim elementy fantastyki oraz… miłość.

„Na krawędzi wszystkiego” to typowa książka młodzieżowa z elementami fantastyki. Młoda dziewczyna i niezwykły chłopak, wiadomo, jak to się skończy. Przyznam, że na początku bardzo miło czytało mi się o tej dwójce. Ich relacja była bardzo urocza i subtelna. W pewnym momencie jednak za szybko się rozwinęła, przez co trochę straciła na wiarygodności. Mimo to z przyjemnością śledziłam ich wspólne losy.

Zoe dla mnie była bardzo zwykła. Typowa nastolatka po stracie. Wyróżniała się jedynie uporem i tym, że czasem wyskakiwała z czymś „jak Filip z konopi”. Niezwykłymi postaciami byli za to Iks oraz jego przyjaciele. Chłopak znał przez całe życie tylko ich, nie rozumiał normalnego świata, zwrotów, relacji i uczuć. To było na swój sposób urocze i niewinne. Na swój sposób, bo chłopak pochodził z Niziny – tamtejszego piekła.

Kolejna wizja piekła w książce znowu mnie nie zawiodła. Jest tu hierarchia, wszyscy mają swoje zadania i dziwne przytyki. Wszystko jest jednak owiane tajemnicą i znamy jedynie mały skrawek tego świata – tyle, ile znał Iks. Z jednej stronu to bardzo przemyślane, skąd mamy znać więcej, z drugiej jednak czytelnik czuje lekki niedosyt i chce więcej szczegółów dotyczących Niziny.

Wracając jeszcze do bohaterów, warto zwrócić uwagę na tych drugoplanowych. Brata Zoe, którego po prostu uwielbiam, jest mega uroczy i śmieszny. Jej przyjaciół, szczególnie Dallasa. No i przyjaciół Iksa, czyli prawdziwe cudeńka. Postaci, które nawet w okolicznościach, w jakich byli (no jednak piekło nie jest zbyt miłe) oddaliby za niego wszystko i były przy tym bardzo charakterystyczne i specyficzne. 

Coś, czym książka naprawdę mnie zachwyciła, to humor. Wiele razy zaśmiałam się podczas czytania. Dobrze, że został tu wprowadzony, bo rozładowywał atmosferę przy poważniejszych momentach. Ogólnie język był bardzo prosty, przyjemny i książkę czytało się szybko.

 Jeżeli chodzi o fabułę, przyznaję, że wielu rzeczy się domyśliłam, parę jednak mnie zaskoczyło. Duża część była do przewidzenia, jednak nie psuło mi to przyjemności z czytania. Były też takie momenty, kiedy zastanawiałam się jak bohaterom uda się z tego wybrnąć. Ogólnie książka mnie wciągnęła, a zakończenie pozostawiło dużo nierozwiązanych kwestii i chęć przeczytania kontynuacji!

Podsumowując, „Na krawędzi wszystkiego” to bardzo przyjemna młodzieżówka, jakiej akurat potrzebowałam. Mimo paru niedociągnięć przy czytaniu jej bawiłam się bardzo dobrze, głównie dzięki ciekawym bohaterom. Nizina i dalsze losy bohaterów mnie zaintrygowały i na pewno będę chciała więcej!
Moja ocena - 6/10
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu!


 Do następnego postu!
Snowflake
PS: Właśnie sprawdzałam, czy jest już druga część i zobaczyłam oryginalną okładkę. I muszę powiedzieć, że nasza jest sto razu ładniejsza. Brawo, wydawnictwo!