środa, 25 stycznia 2017

Milena Wiktoria Jaworska "Miles"

Książki to zdecydowanie coś niezwykłego, a ich autorów, tworzących swoje własne światy, postacie, historię, którymi żyją, zagłębiają się w nie, rozwijają i przedstawiają możemy nazywać wręcz geniuszami. Jednak z umiejętnościami wiąże się doświadczenie, a co za tym idzie wiek. I choć nic nie mam do młodych twórców to najczęściej ich książki po prostu mnie zawodzą. Czy tak samo było w przypadku „Miles” której autorka podczas wydawania miała 16 lat?
Millie jest odludkiem. Jej charakter, zainteresowania, a w szczególności pozycja ojca, znanego polityka, który ubiega się o fotel prezydencki zdecydowanie nie pomagają. Jedną z niewielu rzeczy, które odprężają dziewczynę są gwiazdy, fascynujące ją, wciągające. Jej tajemnicza więź z ciałami niebieskimi nie jest przypadkowa, okazuje się bowiem, że dziewczyna nie jest zwykłym człowiekiem. We wkraczaniu w nowy, nieznany świat pomoże jej Aries. Wkrótce połączy ich uczucie, które nie powinno istnieć.
Przyznam, że nie przepadam za paranormal romance, chociaż wiem, że czasem można napisać dobrą książę z tego gatunku. Zazwyczaj jednak charakteryzuje je schematyczność. Tak samo jest w tym przypadku, on i ona, połączeni zakazanym uczuciem, mający niezwykłe moce. Było i to nie raz. Koniec książki można przewidzieć już po opisie, szczególnie, że składa się ona głównie z wątku miłosnego. Jest tu jednak mały powiew świeżości…
Zamiast typowych wampirów czy wilkołaków mamy gwiazdy. I to nie byle jakie z ciekawymi mocami, często niespotykanymi i poruszającymi wyobraźnię, jak pył, czy atmosfera. Mimo to przedstawienia tych ciekawych umiejętności było bardzo mało, tak jak ukazanie genezy gwiazd, skąd pojawiły się na ziemi, co będzie z nimi dalej. Zamiast tego mamy dużo o wspomaganiu Charliego Johnsona w jego politycznej walce, czy słodkicg scen z Millie i Ariesem w roli głównej.
Gwiazdy są tylko na niebie, na ziemi są ludzie, małe istoty, które niewiele mogą i zabijają się o to, kto na jakim stołku usiądzie. Ludzie zachowują się gorzej niż zwierzęta.
Jednak uczucie przedstawione w książce również nie zachwyca. Miłość po prostu się pojawia, znikąd, a bohaterka od razu się jej poddaje. Żadnego powolnego rozwoju relacji, ich dojrzewania. Szczerze nie wiem nawet w którym momencie to się zaczęło, ponieważ nawet ich „przyjaźń” była jak jeden wielki romans. Rodzicom głównej bohaterki również nie przeszkadza pojawiający się znikąd chłopak, deklarujący wielkie uczucia do ich córki. Znajomość jest krótka, tak właściwie bohaterowie nic konkretnego o sobie nie wiedzą a mimo to łączy ich miłość, która w moim odczuciu jest bardzo sztuczna i płytka, choć pełna wielkich słów.
Dał mi miłość, którą mogę opisać jako skrzydła, które unoszą mnie do góry za każdym razem, gdy nasze spojrzenia się splatają, gdy czuję ciepło jego oddechu w pobliżu, gdy sprawia, że wszystko wygląda na wyjątkowe mimo tego, że dookoła czai się masa zła.
Rodzice Millie pełnią ważną rolę w książce, wspierając córkę w świecie którego nie zna. Są obecni, co jest plusem, bo często w książkach młodzieżowych rodzina głównej bohaterki po prostu zostaje olana. Tutaj mamy ukazane uczucia łączące dziecko z rodzicami, są jednak bardzo sztuczne, idealizowanie, bez jakichkolwiek wad. Wszelkie sprzeczki zostają od  razu rozwiązane, a ich życie jest pozbawione jakichkolwiek problemów, nienaturalne. Mimo to jest to zaleta, a tę trochę nienaturalną relację fajnie się obserwowało.
Bohaterowie są jednowymiarowi, nie umiałabym przyporządkować do nich żadnych istotnych cech. Przez narrację pierwszoosobową powinniśmy poznać trochę lepiej uczucia głównej bohaterki, jednak tego tutaj również nie ma. Książka składa się głównie z akcji upchniętej w 220 stronach i czuję, że przeczytałam powieść o wszystkim i niczym na raz. Emocje przekazywane są źle, na jednej stronie bohaterka umie zacząć awanturę i ją skończyć, przez co i fabuła i dialogi są bardzo sztucznie. Muszę też ponarzekać na wydanie, pełne błędów, nie tylko gramatycznych, lecz i składniowych.
Podsumowując „Milles” to bardzo dobry pomysł zmarnowany przez brak doświadczenia autorki. Wątpię, że sięgnę po kolejną część. Żałuję trochę, że naprawdę fajny koncept gwiazd ukazany chwilami w naprawdę ciekawy sposób został tak słabo rozwinięty. Pozostaje nadzieją , że druga część trylogii Plejady lepiej ukaże ten temat, choć w tej chwili nie wiem, czy po nią sięgnę. Mimo to doceniam pomysł, ponieważ zdecydowanie gwiazdy są warte uwagi. :)
Moja ocena- 2/10
Snowflake

środa, 18 stycznia 2017

Rainbow Rowell "Nie poddawaj się"


Po przeczytaniu „Fangirl” nie rozumiałam fenomenu książek Raibow Rowell. Pomimo fajnego stylu wydawały mi się one puste, naiwne, wręcz bezsensowne, a bohaterowie byli bardzo irytujący. Jakim cudem sięgnęłam więc po „Nie poddawaj się”? Może dlatego, że jedyne co w historii Cath mi się podobało to fragmenty fanficków z Simonem Snowem w roli głównej. Więc teraz, gdy dostał własną historię pomyślałam, że watro się z nią zapoznać. Jakie są moje odczucia? Czy zmieniłam zdanie do tej autorki?


Simon Snow nie ma łatwego życia. Rozpoczyna właśnie ostatni rok w Szkole Czarodziejów w Watford i choć ma wielką moc, nie umie nad nią panować. Ma problemy z dziewczyną, Mag, jego mentor i dyrektor placówki w której się uczy nie dzieli się z nim swoimi planami, a Baz, jego współlokator i największy wróg ze znanego, starego rodu nie zjawia się na rozpoczęciu nowego roku, z pewnością coś knując. Poza tym Simon jest uważany za wybrańca, który powinien pokonać potężnego Szarobura, pragnącego zniszczyć cały czarodziejski świat. Nie przypomina to czegoś?
Już w „Fangirl” było widać duże podobieństwa w historii Snowa do Harry’ego Pottera. Wtedy jednak to nie przeszkadzało, po prostu było i już. Tutaj kiedy jest to już oddzielna książka trochę to razi, bo Watford to tak właściwie kopia Hogwartu z Ebb zamiast Hagrida, Magiem zamiast Dumbledore’a, czy Penny zamiast Hermiony. Nawet Voldemort został zastąpiony podstępnym Szaroburem. Uważam jednak, że autorka ze wzorowania się na dziele J.K. Rowling, (w które sama się wkopała właśnie w „Fangirl”) zgrabnie wybrnęła, bo z czasem zauważa się coraz większe różnice między tymi szkołami, bohaterami oraz wydarzeniami. Niektóre na plus, dodając książce naprawdę niezłej fabuły, niektóre na minus, tracąc niezwykły klimat (mnie strasznie raziło używanie technologii w Watford).
Pomysł na samą magię i zaklęcia też jest trochę inny, bo choć formułki są kretyńskie (nie da się z powagą czytać, jak bohater ratuje wszystkich recytując „Biedroneczko leć do nieba” , wierzcie mi). To mają wytłumaczenie. Muszą to być znane większości frazy i powiedzonka, chwytliwe i popularne- wtedy mają najwięcej mocy. Myślę, że to fajna koncepcja jak na lekką książkę i zdecydowanie jest lepsze, niż gdyby wołali „Abrakadabra”!
– Stają się tym potężniejsze, im częściej się je powtarza, odczytuje i zapisuje w stałych kombinacjach – ciągnęła. – Kluczem do rzucenia zaklęcia jest podłączenie się do tej mocy. Nie chodzi tylko o wypowiedzenie słów, ale też przywołanie ich znaczenia.
Bohaterowie to jednoczenie największa wada i zaleta tej książki. Niektórzy bowiem są świetni, innych nie można przeżyć. Zacznę może od najgorszego z najgorszych, czyli Simona. Dawno nie czytałam o tak nieogarniętym gościu. Chwilami jego zachowanie doprowadzało mnie do szaleństwa. Na szczęście wtedy szybko wkraczała moja ulubiona postać- Bastilion, który swoim sarkazmem, inteligentnymi drwinami i zachowaniem opanował moje serduszko. Według mnie kawałki jego oczami były najciekawsze, no może prócz kawałków Lucy, czyli najbardziej tajemniczej postaci.
O Lucy wiemy naprawdę mało, ma nam ona przybliżyć życiorys Maga. Największego zaskoczenia tej książki. Rzeczy, o których z czasem się o nim dowiadujemy są niezwykłe, często przerażające(bez spoilerów).
Czasem myślę, że Mag naprawdę potrzebuje mojej pomocy, że ufa mi bardziej niż innym, a czasem wydaje mi się, że tylko mnie sprawdza, bo chce wiedzieć , z jakiej gliny mnie ulepiono. Trzyma mnie w ryzach.
Sam pomysł na Szarobura, przyznam, że tego nie przewidziałam, było to ciekawe, nietuzinkowe podejście do złej postaci. Bardzo bałam się, jak autorka sobie z nim poradzi, ale zdecydowanie jej to wyszło. (Imię na szczęście też ma wyjaśnione).
Pamiętam, że doktor Manning pierwszy go nazwał. Odwiedził dziurę w Lancashire i opisał ją jako „podstępną szaroburość, pospolitość, która wkrada się w samą duszę”.
Chyba nikogo, kto czytał już recenzje tej książki nie zaskoczę tym, że jest tak związek homoseksualny i od razu wszystkie fanki shipu Draco z Harrym (jak to się w ogóle nazywa? Drarry?!) mogą piszczeć z radości. Ja jednak tego nie zrobię, bo to był chyba najgorzej ukazany gejowski związek o jakim czytałam. Reakcja bohatera na wydarzenia- chyba jestem gejem, ale nie jestem pewien, zostań moim chłopakiem i całujmy się! (;-;) Nawet w większości fanficków jakie czytałam było to przestawione lepiej, choć osoby, które je piszą, nie tworzą bestselerów.
Podsumowując „Nie poddawaj się”  to wcale nie tak zła książka, jak myślałam, że będzie. Parę razy się przy niej uśmiechnęłam, a nawet zaskoczyłam. Niektórzy bohaterowie są warci uwagi. Niestety brakuje jej trochę tego magicznego klimatu (choć nie powinnam jej aż tak porównywać do „Harry’ego Pottera), a związek jest poruszony zbyt powierzchownie. Mimo to miło mi się ją czytało, a lekki styl autorki bardzo w tym pomagał.
Moja ocena- 6/10 
Żyjcie!
Snowflake

środa, 11 stycznia 2017

[booktour] Kasie West "Chłopak na zastępstwo"

Hej!
 
Oto kolejny booktour w którym wzięłam udział, organizowany przez jakże wspaniałą Martę ze Znajdź wymarzoną książkę. Dziękuję za organizacje całej akcji i parę miłych chwil z „Chłopakiem na zastępstwo”. :)
Czasem każdy potrzebuje odpoczynku od ciężkich książek, pełnych zagadek i komplikacji, poruszających bardzo ciężkie tematy lub bardzo się ciągnących. Czasem po prostu nie ma czasu na czytanie, kiedy to szkoła czy praca pochłania większość naszego czasu. A czasem po prostu chce się poczuć odrobinę ciepła i słońca w mroźną zimę (którą osobiście uwielbiam). Każdy z tych powodów jest dobry, aby sięgnąć po „Chłopaka na zastępstwo”, czyli książkę idealną na lato i nie tylko. Jednak czy warto i czy ta prosta książka spełniła moje wymagania?
 
Gia przypomina ideał. Popularna, przewodnicząca szkoły, na wspaniałe przyjaciółki i przystojnego chłopaka. Wszystko jednak się psuje, gdy Bradley zrywa z nią zaraz przed studniówką. By nie wyjść na kłamczuchę przed przyjaciółkami (szczególnie Jules, która jest do niej uprzedzona), które miały po raz pierwszy zobaczyć jej ukochanego wpada na genialny pomysł. Zawsze może przecież Bradley’a kimś zastąpić…
Opis fabuły, jak i sama książka ma bardzo fajny klimat jak z amerykańskich komedii romantycznych. Każdy pewnie oglądał lub kojarzy film gdzie idealna dziewczyna z chwili na chwilę wplątuje się w sieć intryg i kłamstw, które musi rozwiązywać. I każdy wie, że zazwyczaj takie filmy kończą się dobrze. I to jest właśnie główna wada- schematyczność. Czytelnik od razu może przewidzieć jak to się skończy. Bohaterowie są typowi główna bohaterka, jej  idealna rodzina, przyjaciółki, z czego jedna jest ta zła, chłopak, nawa przyjaciółka… Takich postaci jest mnóstwo i choć sympatyczne szybko wypadną z głowy.
Coś jednak wyróżnia te książkę, mianowicie poruszenie bardzo aktualnego tematu, jakim jest uzależnienie od mediów społecznościowych, podleganie ocenie i zdaniu osób, których nawet nie znamy. Temat ten jest poruszony dość obszernie, bohaterka na naszych oczach się zmienia, jednak jest to według mnie za szybka, zbyt gwałtowna zmiana, która nie rzuca się aż tak w oczy, jednak wszyscy ją zauważają.
– Jak mierzymy dziś naszą wartość? Liczbą lajków, które otrzymał nasz post, tym, jak wielu mamy znajomych czy ile zebraliśmy retweetów? Czy w ogóle wiemy, co tak naprawdę myślimy, dopóki nie przedstawimy naszych myśli w sieci i nie dowiemy się od innych ile ich zdaniem są warte?
Jeszcze jeden temat w książce bardzo mi się podobał, mianowicie podkreślenie, że ideałów nie ma. Choć Gia na pierwszy rzut oka przypominała dziewczynę marzeń, w środku była pusta, wszystkie emocje tłumiła w sobie, ignorowała problemy, udawała, że nie istnieją. Jej przyjaźnie były powierzchowne, nie umiała się wygadać, powiedzieć wszystkiego.
Nietrudno skłonić Cię do śmiechu. Przychodzi ci to z łatwością. Bardziej mnie ciekami, co kryje ise za tym uśmiechem. Nie musisz być nieustająco idealna.
(Kotu książka bardzo się spodobała)
A teraz właśnie o przyjaciółkach, a raczej o ich braku. Choć niby znaczyły dla bohaterki bardzo dużo, pojawiły się ledwie parę razy. Relacja między nimi nie była widoczna, a ich postaci były tak jednowymiarowe, że nawet nie mogłam zapamiętać ich imion. Według mnie były stworzone na siłę, tylko do określownego celu, który szybko spełniły i zniknęły ze sceny. Jedynie Jules, „ta zła” rzuciła mi się bardziej w oczy, jednak uważam, że i jej rolę można było bardziej rozszerzyć, ponieważ jej problemy zostały przedstawione bardzo pobieżnie mimo, że według mnie były bardzo istotne.
Rodzina Gii również przedstawiona jest pobieżnie, choć ich rola była bardzo ważna. Szczególnie brata Gii, który jako jedyny wprowadzał jakiś powiew świeżości w schematycznej powieści. Rodzina Gii stanowiła edynie kontrast do zwariowanej rodzinki zastępczego chłopaka, którego siostra, Bec, choć schematyczna była moją ulubioną postacią, bardzo charakterną, a jednocześnie sympatyczną.
Mimo wszystkich wad nie mogę powiedzieć niczego złego o stylu pisania autorki, który naprawdę jest taki przyjemny, lekki, taki bardzo… letni? Powieść czytała mi się bardzo szybko, idealnie w zapracowanym, szkolnym okresie.
 – Coś się stało?
 – Wszystko w porządku.
 – A wiesz, że te słowa to najczęściej powtarzane kłamstwo w naszym języku?
Pomimo paru wad uważam, że „Chłopak na zastępstwo” to bardzo fajna, luźna lektura, do przeczytania na raz, nie do szczególnego zapamiętania i analizowania, lecz tego nikt od niej nie wymaga. Z pewnością jeszcze kiedyś sięgnę po książki tej autorki, szczególnie pewnie w okresie letnim. Książkę polecam do prostego relaksu, bez większych refleksji, a jednak przyjemnego.
Moja ocena- 6/10
 
Żyjcie!
Snowflake

piątek, 6 stycznia 2017

3 najlepsze książki/serie 2016 roku

Hej!
Minął już pierwszy tydzień nowego roku i jak na razie zapowiada się bardzo pracowicie! Coraz więcej planów, które muszę zrealizować, celów, nowych wyzwań. Mimo to chcę jeszcze wrócić do tamtego roku i wybrać 3 najlepsze książki/serie przeczytane przeze mnie. Perełki, które zdecydowanie są dla mnie wyjątkowe i zostaną w moim serduszku na dłużej. Zastanawiałam się, czy pisać też o porażkach, lecz nie warto psuć sobie wspomnień i rozpisywać o czymś słabym. Zapraszam!

1.       Stephen King „Misery”- pierwsza książka recenzowana przeze mnie na tym blogu zdecydowanie zapisze mi się w pamięci swoją brutalnością, opisami, tym, jak bardzo wczuwamy się w uczucia głównego bohatera, jego cierpienie fizyczne i psychiczne. Najlepsza książka Kinga jaką czytałam, choć nie było ich na razie za dużo. Przekazuje mocne uczucia, strach, terror, a obrazowe porównania do teraz mnie zachwycają.
           (recenzja)
 
(to okropne zdjęcie ;-;)

   
    2.       Doris Lessing „Piąte dziecko”- książka poruszająca bardzo trudną tematykę, przesycona emocjami, ukazujące relacje między matką a dzieckiem, macierzyństwo, które nie zawsze jest wspaniałe, a czasem jak tu niszczy rodzicielkę. Ukazująca chorobę i dawne traktowanie dzieci chorych.(recenzja)
 
 

3.       Trylogia Nocnego Anioła- naprawdę fajnie skonstruowane fantasy, z przemyślanym światem, historią przedstawioną z wielu stron, pełną intryg politycznych i miłosnych oraz fajnym pomysłem na magię, rozbudowaną, różną. Przedstawia ludzi z różnych sfer, a różnym myśleniu i każdy znajdzie swojego ulubieńca (Logan <3). Choć ostatnia cześć trochę dostaje  tak uważam, że jest warta przeczytania, a zwroty akcji często łamały serduszko.(recenzja pierwszego tomu)
 
A czy Wy wybieracie najlepsze książki roku? Jeśli tak zachęcam do podzielenia się nimi w komentarzach. :)
Żyjcie!
Snowflake

środa, 4 stycznia 2017

Joanna Chmielewska "Wszystko czerwone"

Budzące grozę. Zawiłe. Wytężające umysł czytelnika. Powodujące gęsią skórkę i dreszcz na plecach. Z tym kojarzymy kryminały. A czy da się inaczej? Okazuje się, że tak! Jednym z wyjątków mrocznych zagadek jest kryminał Joanny Chmielewskiej „Wszystko czerwone”. Czy połączenie humoru ze zbrodnią przypadło mi do gustu?
Przez parę nieprzewidzianych okoliczności i przypadkowych sytuacji wszyscy przyjaciele przyjeżdżają do Anity w jednym momencie. Stłoczeni razem, wieczorem, przy świetle czerwonej lampy robią przyjęcie podczas którego ginie Edek- alkoholik, który chciał przekazać Anicie wiadomość, dotyczącą jej życia lub śmierci. Zaraz potem rozpoczynają się nieudolne zamachy na domowniczkę, w których przez zbiegi okoliczności obrywa ktoś inny, lecz nie ginie. Kto jest mordercą i w jaką aferę wplątała się Anita?
Fabuła brzmi może mrocznie i tajemniczo, lecz książka zdecydowanie taka nie jest. Przesycona zabawnymi sytuacjami, zaskakuje swoim absurdem, często bowiem, zamiast przejmować się kolejną próbą zabójstwa bohaterowie myślą o rozlokowaniu kolejnych gości, którzy chmarą przelewają się przez dom, wplątują się w miłosne intrygi znajomych czy sprawami rodzinnymi. Cała akcja składa się ze śmiesznych i ważnych scen, co sprawia, że czytelnik w jednej chwili czyta skupiony, w następnej podśmiewuje się pod nosem.
„I jakim sposobem ja mam utrzymywać porządek w domu, do którego pierwszy lepszy z ulicy może sobie przyjść i umrzeć!”
Książka napisana została w narracji pierwszoosobowej, całą historię widzimy oczami samej autorki. Mimo, ze jestem zwolenniczką narracji trzecioosobowej, to przyjęty tu sposób przedstawiania całej fabuły bardzo mi się spodobał i nie wyobrażam sobie ukazania tego inaczej.
Przez całą akcję dom Anity odwiedziło wiele bardziej i mniej ważnych osobistości, często ciągnącymi za sobą różne ciekawe historie. Natłok postaci sprawił jednak, że nie wszystkich dało się jednak polubić, a nawet dobrze poznać. Mimo to wiele postaci jest charakterystycznych i łatwo można je polubić, m. in. Anitę, wszystko gubiącą i niezorganizowaną, Zosię, wielką panikarę, Pawła, który jest bardziej zafascynowany i rozentuzjazmowany niż przerażony zbrodniami. Warto też wspomnieć o panu Muldgaardzie, zajmującym się całą sprawą, którego łamana polszczyzna była wspaniała i zdecydowanie dodawała humoru.
Warto wspomnieć o języku w książce, a raczej o zabawności dialogów występujących w niej. Absurd wielu sytuacji przekłada się również na rozmowy, lekko chaotyczne, ale przesycone dobrym żartem.
„ – Cóż oni mnie tak dziwnie odwiedzają?
– Zapewne w samobójczych zamiarach – mruknęłam, niepewna, ile ze swoich wiadomości powinnam zdradzić.
 – Dlaczego samobójczych? – spytała Zosia.
– Liczą na to, że stracą życie przez następną pomyłkę zbrodniarza…”
Książka wyróżniała się użyciem tytułu, kolor czerwony bowiem bardzo często przejawiał się w książce, zdecydowanie nieprzypadkowo. Takie małe detale są zdecydowanie przyjemne w odbiorze. Historię poznawałam dość powoli, nie uważam, żeby była to jakaś wielka wada, po prostu lektura miała dla mnie jakiś powolny charakter i lubiłam od niej odpoczywać, zamiast czytać na raz. Poza tym czytałam ją jeszcze w okresie przedświątecznym, kiedy miałam mnóstwo nauki.
„ – Kwiatki czerwone – powiedział trochę nieprzytomnie, z goryczą, nie kryjąc wstrząsu. – Lampa czerwona, wszystko czerwone…”
Pomimo tej ilości żartów i absurdu cała tajemnica w książce była bardzo dobrze poprowadzona, do końca zastanawiałam się jak sprawa zostanie rozwiązana, kto jest mordercą. Do końca się nie domyśliłam, autorka wodzi czytelnika za nos, ujawniając coraz to nowsze fakty, a postaciach oraz motywy jakie nimi kierowały. Jestem pewna, że nie da się odgadnąć rozwiązania tej sprawy, ponieważ wiele wiążących wszystko informacji podanych jest dopiero na końcu.
Podsumowując „Wszystko czerwone” jest bardzo udanym kryminałem na wesoło, pełnym absurdu, a mimo to trzymającym w napięciu. Z autorką zetknęłam się pierwszy raz i zdecydowanie nie ostatni, ponieważ podczas tej lektury naprawdę dobrze się bawiłam.
Moja ocena- 7/10
Żyjcie!
Snowflake 

niedziela, 1 stycznia 2017

Podsumowanie i ulubieńcy grudzień oraz cały rok!


Hej!

Grudzień to u mnie zdecydowanie miesiąc dużej pracy. Nauczyciele przyspieszają, niedługo wystawianie ocen, święta, sylwester. Przez to wszystko moje wyniki książkowe nie są imponujące. Dlatego postanowiłam połączyć podsumowanie grudnia z całym rokiem. :)
 

Przeczytanie:
  • Doris Lessing "Piąte dziecko"
  • Adam Mickiewicz "Dziady cz. III"
  • Joanna Chmielewska "Wszystko czerwone"
Razem przeczytałam około 585 stron, czyli 19 stron dziennie.

Najlepsza książka- zdecydowanie "Piąte dziecko"
Najgorszej książki nie wybiorę, za mało ich było i wszystkie mi się podobały.
 
W listopadzie szczególnie polubiłam:
  • Harry'ego Pottera- o nim nigdy się nie zapomina, ale teraz wraca z wielką siłą! Ilustrowane wydania, które coraz bardziej kuszą, filmy, które znów lecą w telewizji. Potteromania znów mnie złapała i nie chce puścić. ;)
 
A w całym roku... (a tak właściwie liczę od założenia bloga, wtedy zaczęłam zaznaczać na LC przeczytane książki, oceniać je i w sumie więcej czytać)
  • przeczytałam 29 książek, z czego zrecenzowałam 22 (mało...)
  • wzięłam udział w jednym, a teraz biorę w drugim booktourze (oba zorganizowane przez wspaniałą Martę ze Znajdź wymarzoną książkę)
  • blog odwiedziło 3237 osób, z czego 42 zostało na dłużej
  • przy 48 postach pojawiło się 306 komentarzy
  • poznałam (niestety nieosobiście) wiele wspaniałych osób, które wspaniale i mądrze mówią o książkach i dzielą się swoimi pasjami w Internecie
Za te wszystkie wspaniałe rzeczy, liczne odwiedziny, komentarze i obserwację serdecznie dziękuję. <3
Żyjcie!
Snowflake