środa, 30 sierpnia 2017

Brent Weeks "Okaleczone oko"



Dziś pewnie będzie krótko, bo po co rozwodzić się nad moją miłością do twórczości Brenta Weeksa, kolejnej części i bohaterów, których kreuje, skoro robiłam to już tyle razy. Niemniej muszę się z wami podzielić choćby namiastką uczuć i moją opinią o kolejnej części Powiernika Światła, którą niedawno skończyłam.

Trudno zacząć mi opisywać fabułę. Po pierwsze, bardzo dużo się tam działo. Po drugie chcę uniknąć większych spoilerów odnośnie fabuły poprzednich części.  Trudno, trzeba spróbować.

Po wydarzeniach z ostatniego tomu zarówno Gavin jak i Kip znajdują się w trudnych sytuacjach. Oboje daleko od domu muszą do niego powrócić. Dla obu powrót do domu może skończyć się bardzo źle. Chromeria musi radzić sobie bez Pryzmata. Karris podejmuje nowe obowiązki w których musi odnaleźć się bez Gavina. Jej największa tajemnica może wyjść na światło dzienne. Również Teię czekają nowe wyzwania i prawa dla samej Bieli przy inwigilacji potężnej grupy.

Dużo dzieje się w tym tomie. Naprawdę to tylko namiastka tego, co tam się dzieje, a o reszcie muszę pisać bardzo oględnie, bo boję się popsuć frajdę płynącą z lektury tej książki. Jak każda z książek Weeksa i ta jest pełna zwrotów akcji oraz zaskoczeń, które aż trudno opisać. Wiele faktów zostaje dopiero tutaj ukazanych, choć czekało się na to od tak właściwie pierwszej części. Na niektóre nadal trzeba poczekać.

Bohaterowie przechodzą ciągły rozwój. Zdecydowanie nie przypominają już tych osób, które poznaliśmy w pierwszym tomie. Los sprawił, że stali się silniejsi, bądź osłabli. Dzieje każdego z nich coraz bardziej mnie obchodzą. W tej części duży akcent został postawiony na Biel, która wiele zyskała w moich oczach, bo choć od początku wiedziałam, że jest to niesamowicie mądra i czuła postać, dopiero teraz zobaczyłam, w jak wielkim stopniu to prawda.

W tej części o wiele bardziej zostały rozszerzone kwestie metafizyczne. Są to w wielu momentach bardzo trudne do przyswojenia informacje, wydarzenia są niesamowicie dziwne. Tu też parę kwestii się wyjaśnia, a parę budzi coraz większą ciekawość. Niektóre wydarzenia bardzo mnie szokują i chcę wiedzieć do czego one dalej doprowadzą.

Jedyną wadą, którą zauważyłam w tej książce jest długość. Po prostu to prawie 1000 stron długo mi się czytało i musiałam sobie to przerywać innymi lekturami, żeby na pewno się nie znużyć.
Jeśli chodzi o końcówkę, myślałam, że jestem już przyzwyczajona do wielkich zaskoczeń. Stało się jedno, trudno, drugie, nie spodziewałam się, ale przeżyję, trzecie, no ciekawie. I doszłam do ostatniego rozdziału. To co się tam stało! Jakbym dostała obuchem w głowę! Zdecydowanie Brent Weeks to mistrz niszczenia czytelnikowi psychiki. ;)

Kończąc te krótką recenzję, zachęcam do sięgnięcia po pierwszy i następne tomu serii Powiernika Światła (pisze się już 5 tom, „The Burning White”, czekam <3). Są to książki w których ja przepadłam i darzę je miłością całym moim serduszkiem. Chyba najlepiej moje uczucia do tej serii będzie obrazować to zdjęcie:

Moja ocena: 9/10
Do następnego posta!
Snowflake

sobota, 26 sierpnia 2017

Bullet journal - moje wrażenia| Bullet journal sierpień 2017

Hej!
Do czego to wakacyjna nuda nie doprowadzi? 


Zazwyczaj odrzuciłabym pomysł prowadzenia czegoś w takim stylu z jednego prostego powodu: nie chciałoby mi się. Nie jestem utalentowana artystycznie i czasem nie mam weny, więc po co robić coś na siłę. Zazwyczaj. Był jednak jeden powód, który totalnie przekonał mnie do bullet journala - przestrzeń, którą ja sama w 100% tworze i organizuję. Ogranicza mnie jedynie moja pomysłowość i wyobraźnia. I przyznam, że zbyt na tym się nie znam. I nie chcę znać, bo wtedy próbowałabym wpasować się w te ramy wytorowane przez pierwszych twórców tych dzienników. A to ma być w pełni mój dziennik.

Osobiście używam go zamiast kalendarza i te się idealnie sprawdza. Jest jego bardziej rozwiniętą wersją. Coś, czego nie lubiłam w sklepowych kalendarzach to mała ilość miejsca na notatki. Lubię sobie wszystko wypisywać. Pomysły, oceny, ważne daty. Tutaj mogę stworzyć potrzebne na to strony. A jeśli nie zostawiłam takowej? Zawsze mam mnóstwo przestrzeni to zagospodarowania na kolejnych kartkach!

Jest jednak parę rzeczy, które zgapiłam z oglądanych przeze mnie bullet journalów. Może teraz omówię, co pojawiło się w moim dzienniku, zaznaczając, gdzie się czymś inspirowałam.

Zaczęłam od ogólnych, "rocznych" stron. Kalendarz na końcówkę roku 2017 - wiadomo, filmy do obejrzenia, książki do przeczytania, seriale do nadrobienia - to już zapisywałam na końcu kalendarza, teraz jest bardziej przejrzyste, pomysły na posty, też były w starym kalendarzu. Kupione książki zapisywałam na tablicy korkowej, teraz wylądowały tutaj. Oceny i nieprzygotowania, wiadomo, już były. 

Dalej przeszłam do rozrysowywania sierpnia i tu była większa ilość inspiracji. Zacznę może od samego wyglądu miesiąca. Postawiłam na motyw konstelacji. Zbliżała się noc spadających gwiazd (która niestety mi zbytnio nie wyszła) i uznałam, że to ciekawy pomysł. przy rysowaniu posiłkowałam się mapami nieba znalezionymi  w odmętach Google'a. Czasem używałam tez czcionki, która bardzo mi się spodobała, wyhaczonej też przypadkowo. (Nawet znalazłam tę czcionkę i mapę :D).


Jeśli chodzi o wnętrze, zaczęłam od znalezionej w czyimś filmiku strony, mianowicie nawyków. Pomysł świetny, jeśli coś robiło się danego dnia, zaznacza się na stronie. Idealne do codziennej motywacji i też patrzenia, na co ma się kiedy i ile czasu. 

Następnie również ściągnięty sen, czyli ile śpię. To już nie sprawdziło mi się tak dobrze, bo zazwyczaj nie patrzę na to o której się kładę. Niestety umieściłam to też w następnym miesiącu, który już robię, ale trochę zmieniłam formę, tam będę zaznaczała ilość godzin, zobaczę, czy ta forma bardziej przypadnie mi do gustu.

Komputer, czyli czas spędzony przy komputerze, to kolejny strzał w dziesiątkę. Widze duży rozstrzał, czasem gram za dużo, czasem w ogóle nie włączam maszyny. Pomaga mi to w samodyscyplinie. 

Następnie strony poświęcone blogowi, czyli statystyki oraz zaplanowane posty. Nareszcie mam to gdzie zapisać, czysto i przejrzyście! Jestem ciekawa, jak poprawią się statystyki. ;)

Ostatnie zrobione strony to "Dziękuję za...", gdzie zapisuje zalety każdego dnia, czyli świetna forma nauki pozytywnego myślenia i szkolna wyprawka, gdzie ogarniam rzeczy do szkoły. Następnie jest normalny kalendarz i przestrzeń na notatki na każdej stronie. Na końcu umieściłam przeczytanie i obejrzane. Zapisuje tam też ilość stron w przeczytanych książkach, bo kiedy tego nie było, co podsumowanie musiałam szukać ilości stron w Internecie.

Zaczęłam już też rozrysowywać wrzesień. Jest on w typowo jesiennych klimatach, bo już trochę nie mogę doczekać się tej pory roku. Wprowadziłam już tam parę zmian, zmieniłam rzeczy, które mi się nie spodobały i dodałam nowe.

Jeśli chodzi o używanie bullet journala, to jasne, czasem nie chce mi się uzupełniać tych wszystkich kolumienek, ale podchodzę do tego na luzie. Mam lukę trudno, gorszy czas, nie robię niczego na siłę. Jeśli jednak mam dobry dzie i wypełniam większość nawyków, czy uzupełniam przeczytane książki/obejrzane filmy mam z tego wielką satysfakcję. 

Ciekawi mnie jak dziennik poradzi sobie w trudnych warunkach szkolnych, kiedy to notatek będzie jeszcze więcej. Pożyjemy, zobaczymy.

Prowadzicie swoje bujo? A może się do tego przymierzacie? 
Piszcie w komentarzach!
Chętnie dowiem się też, czy chcecie więcej tego typu postów. Mogłabym co miesiąc pisać, co zmieniło się w moim dzienniku i jak mi się sprawdza. Podoba się taki pomysł?
Do następnego posta!
Snowflake

sobota, 19 sierpnia 2017

Lektury szkolne - czytać czy nie czytać?



Niedługo wracamy do szkoły. Już przeszłam przez wszystkie etapy żałoby i zaakceptowałam ten stan. Ba, nawet zaczęłam rozglądać się za przyborami i podręcznikami. Czemu winie poruszyć tego tematu tutaj? Skoro szkoła to i lektury, czyli temat rzeka, pełen różnych opinii. A wy je lubicie?

Spotykam się z naprawdę wieloma opiniami o lekturach. Są potrzebne czy nie. Czytać, czy olewać? Książki czy streszczenia? Każdy ma inne zdanie. Osobiście jestem zwolenniczką czytania lektur, choć mam z nimi parę mniejszych czy większych problemów. Od razu uprzedzam, piszę to z perspektywy osoby z rozszerzonym językiem polskim, gdzie lektur jest o wiele więcej niż na innych profilach (z drugiej strony to nasze rozszerzenie, więc można się domyślić, że czytania mamy co nie miara).

Lektury zawsze dzielę na 3 etapy, zależne od stopnia nauczanie. W szkole podstawowej nigdy przecież nie każą nam czytać „Dziadów” czy „Pana Tadeusza”. Tamtejsze lektury bardziej mają kształtować młodego człowieka. Przy tym książki te są nadal kanonem literatury dziecięcej, więc młoda osóbka również się uczy. Sama w podstawówce lektury czytałam, czasem pod lekkim przymusem, czasem z własnej woli. Te z dalszych klas (V – VI) często mnie już zniechęcały i wtedy poznałam magię streszczeń. I moim zarzutem do lektur takich jak „Robinson Crusoe” czy „W pustyni i w puszczy” jest to, że nudzą młodego czytelnika, przez co często omawiane są po łebkach. Przecież książki te w czasie swojego tworzenia były skierowane do dorosłego czytelnika. Wiem, że muszą pokrywać się trochę z programem i omawianymi epokami oraz nie widzę innego sposobu, jednak to nie zmienia faktu, że to był okres, kiedy najmniej lektur czytałam, bo po prostu mnie nudziły.

Następnie gimnazjum. Tu widać wyraźna mieszankę tego, co jest dostosowane do epoki i lektur kształcących człowieka, czyli zazwyczaj tych dodatkowych, które szkoła sama wybiera. Wtedy wydaje mi się, że prócz „Krzyżaków” przeczytałam każdą lekturę od deski do deski i mam w tym okresie najwięcej ulubieńców.

Licem bądź technikum, czyli w moim przypadku rozszerzenie języka polskiego i masa lektur. Wydaje mi się, że dopiero teraz zaczęłam inaczej patrzeć na lektury przez pryzmat epoki, mentalności tamtych czasów. Być może jest to zasługa większej uwagi poświęconej filozofiom danej epoki, być może nauczyciela, nie wiem.  Jednak, nie myślcie, że jest idealnie i chłonę każdą lekturę, o nie! Muszę przyznać, że mam swoje ulubione epoki, których lektury bardziej mnie interesują. Jednak np. do pozytywizmu w ogóle mnie nie ciągnie i lektury tamtej epoki trochę olewałam. Może to też wina długości i wyznaczonego czasu, bo na taką cegłę jak „Zbrodnia i kara” mieliśmy tydzień, a to nie jest przecież nasz jedyny obowiązek. W takich przypadkach lecę na szczegółowych streszczeniach i łucie szczęścia, że moja mniejsza wiedza nie zostanie zauważona. I przyznam, że widzę różnicę między lekturą przeczytaną a opartą tylko na streszczeniach. Są też przypadki kiedy z polecenia nauczyciela jedynie oglądamy film i omawiamy fragmenty, bo po prostu nie mamy czasu przeczytać tylu książek. To właśnie największa wada licealnych lektur – na rozszerzeniu jest ich po prostu zbyt dużo.

Wracając do głównego tematu – czytać czy nie czytać? Gdybym miała taką możliwość to starałabym się przeczytać wszystkie lektury. W większości są one po prostu potrzebne przy egzaminie gimnazjalnym czy maturze, stanowią dobrą podstawę do pracy, czy ich znajomość jest od nas wymagana. Dlatego trochę nie rozumiem podejścia „nie czytam, bo nie lubię”. Mi też nie zawsze podoba się każda lektura, ale to element nauki w szkole, więc muszę ją przynajmniej dobrze poznać, jeżeli już nie chcę czytać.

Często też jest podejście, że lektur się nie lubi, bo są to książki wyznaczone z góry do czytania na konkretny termin i trochę pod przymusem. Ten argument bardziej rozumiem. Jednak z drugiej strony, czy te książki po prostu nie zginęłyby, gdyby nie było obowiązku ich czytać. Niektórzy lubią klasyki, niektórzy po prostu mają taki moment, kiedy chcą zapoznać się i z taką literaturą, ale czy wszyscy? Chcemy czy nie, jest to element naszej kultury, który trzeba podtrzymywać. Myślę też, że niedługo niektóre filmy zostaną uznane jako elementy kultury, które będzie się poznawało i omawiało obowiązkowo. Ba, mam wręcz taką nadzieję.

Osobiście mam tak, że do niektórych lektur wolę po paru latach wracać. Miałam tak z „Folwarkiem zwierzęcym” i zrozumiałam, że dla mnie takie drugie podejście jest bardzo dobre. Musimy bowiem pamiętać, że lektury czytamy i omawiamy głównie pod egzaminy, a z czasem i wzrostem naszego doświadczenia życiowego mądrość płynąca z danej lektury może być inna, bądź się pogłębić.

Jakie Wy macie podejście do lektur? Jesteście zwolennikami czy przeciwnikami czytania pod delikatnym przymusem?
Do następnego posta!
Snowflake

czwartek, 17 sierpnia 2017

J. K. Rowling "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć"



To już ostatni dodatek ze świata Hogwartu, który mam przyjemność poznać i ten, którego chyba najbardziej oczekiwałam! Bardzo interesowało mnie jakie stworzenia będą tu omawiane, ich niezwykłe właściwości i oryginalny wygląd. Poza tym jest ona (jakby) autorstwa Newta Scamandera, a po filmie „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” bardzo go polubiłam. 

Książka jest typowym bestiariuszem, z długą listą intrygujących istot, ale też z bardzo ciekawym wstępem. Na początku tej książki jest bowiem omówiona różnica między stworzeniem i zwierzęciem, z przybliżeniem odrobiny historii czarodziejów, ale też dlaczego w mugolskich bajkach i legendach występuję magiczne istoty. I tutaj również autorka pięknie wybrnęła z sytuacji, wyjaśniając wszystko bardzo logicznie i prosto.

Rowling, tworząc tę książkę widocznie czerpała ze znanych nam bestiariuszy, co wypada bardzo dobrze, bo niektóre z tych istot już znamy i nie biorą się znikąd, a świat czarodziejów wydaje się bardziej rzeczywisty. Nie wiem czy dobrze to wyjaśniłam, chodzi mi o to, że znamy te zwierzęta od wieków i tak samo przez ten czas musiała istnieć magia oraz czarodzieje. Mamy więc wiele zaczerpnięć ze starożytnej Grecji, Skandynawii oraz znane istoty jak Yeti czy potwora z Loch Ness (a tak naprawdę Kelpię).

Charakterystyczne cechy zwierząt zostały bardzo dobrze wykorzystane. Dzięki nim możemy dowiedzieć się, skąd są kręgi w zbożu czy czemu psują się nam przedmioty elektryczne. Sprawia to, że niektóre stwory lepiej zapadają w pamięć. Prócz tego smoki w bestiariuszu rozróżnione są na parę gatunków, a każdy z nich ma bardzo charakterystyczne cechy. 

Wszystkie zwierzęta mają klasyfikację Ministerstwa Magii określającą, jak bardzo dana istota jest niebezpieczna. Bardzo mi się to podobało, jeszcze bardziej urzeczywistniało książkę.

Bardzo dobrze bawiłam się podczas lektury tej książeczki, poznając coraz to ciekawsze zwierzęta. Nie jest to jednak na pewno coś, co zapamięta się na całe życie, jak zresztą żadna z tych książek. Mimo to uważam, że są dobrym rozszerzeniem magicznego świata.

Ksiażeczka – jak obie poprzednie, jest pięknie wydana. Mamy tu ilustracje zaczynające rozdział, we wstępie źródła historyczne i dawne ryciny, a przy zwierzętach niekiedy ilustracje. Nie muszę już nikogo uświadamiać, jak pięknie i dokładnie wydane są te cudeńka.

Podsumowując, „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” to bardzo dobry dodatek do świata czarodziejów. Nie jest on – jak żadna z tych książeczek, wybitny, ale bardzo miło się z nim zapoznać, szczególnie, gdy jest się fanem tego świata.
Moja ocena - 7/10 
Do następnego posta!
Snowflake

sobota, 12 sierpnia 2017

Niepopularne opinie o popularnych książkach book tag

Hej!
Czuję się trochę jak hipster z przerośniętym ego, zbierając się do tego tagu. Jakbym chciała udowodnić, że mój gust czytelniczy jest wyjątkowy i różni się od całego czytelniczego światka. Chcę uprzedzić, że tylko czasem tak jest, więc niektóre odpowiedzi mogą być przeze mnie trochę naciągane, bądź jakieś pytanie ominę, nie wiem, tagi zawsze piszę bardzo spontanicznie.
Wracając, tag podkradłam od Kasi z (obecnie już) niekulturalnie.pl
Mam nadzieję, że nie będę dziś zbyt marudna, ale przemokłam, jestem śpiąca, kawa się skończyła, a komputer nie chce współpracować.

(Czcionka bez polskich znaków pozdrawia.)
1. Popularna książka lub seria, której nie lubisz.
Spojrzałam na to pytanie i już wiedziałam! Coś, co odradzam kiedy tylko mogę i kompletnie nie mogę zrozumieć fenomenu tej książki - "Fangirl"! Ani to nie było ciekawe, ani odkrywcze, anie choćby specjalnie miłe w czytaniu. Bohaterowie mdli i bezsensowni, akcja dotyczyła niczego - taki zapychacz kartek, które mogłyby jeszcze czemuś dobrze posłużyć.
 O! Jeszcze jedno! "Zanim się pojawiłeś"! O czym to jest? Gościu chce się zabić, znajduje miłość. I co? Książki nie doczytałam, jakoś nie wciągnęłam się, zakończenie znam dzięki filmowi i przyjaciółkom, które te książkę bardzo lubią. Dla mnie jest bez sensowne. Co ono ma przekazać? Nie ogarniam.

2.Popularna książka lub seria, którą wszyscy nienawidzą, a ty lubisz.
Z tym pytaniem mam chyba największy problem, bo zazwyczaj jeśli coś ma okropne recenzje, to tego po prostu unikam, nie chcąc tracić czasu na coś słabego. Mogę to chyba naciągnąć "Harry'ego Pottera i przeklęte dziecko", bo ma to bardzo różne opinie, przeważają te słabe, a mi mimo małych zgrzytów się podobało. No i Scorpius. <3


3. Trójkąt miłosny, w którym główny bohater wybiera według ciebie złą osobę, lub literacka para, której nie lubisz.
Chciałam tu się rozwodzić o mojej nienawiści do Peety z "Igrzysk śmierci", ale czytałam to szmat czasu temu i boję się, że w którymś momencie coś pomylę (on w ogóle na końcu był z Katniss, bo pamiętam piąte przez dziesiąte i muszę powtórzyć?). Wybrałam coś świeższego. Mianowicie pewną parę z... "Deniwelacji" Remigiusza Mroza! Nie chcę tu nikomu spoilerować, ale bardzo nie podoba mi się nowa wybranka Forsta i mam nadzieję, że ich wątek zostanie jakoś (brutalnie) ucięty.

4. Popularny gatunek, po który rzadko sięgasz.
Romanse. Nie gustuję w tym, odpycha nie to, bo czytałam za duzo książek o płytkim wątku miłosnym. Poza tym za dużo ich opiera się na schematach. Wow, ona i on, zranieni, wow, poznają się, wow, seksy. Nie.
Nie lubię też książek historycznych, po prostu mnie do nich nie ciągnie. Już sparzyłam się  "Oblubienicami wojny", starczy.
Romansów historycznych też będę omijać. Powód jest prosty - połączenie dwóch nielubianych przeze mnie gatunków nie może być dobre.

5. Popularny bądź uwielbiany bohater, którego ty nie lubisz.
Skoro już wspomniałam wcześniej Peetę, to tu biedaczka nie podam. Za to zjawi się tu inny ulubieniec, którego nie moge przeżyć - Draco Malfoy. Czemu?! Nie mogę zrozumieć całego uwielbieia, które go otacza. Dla mnie tył po prostu nadęty, wpatrzony w siebie, tchórzliwy. Ideał, po prostu ideał! Ech...
 
6. Popularny autor, do którego nie jesteś przekonana.
 Kasie West. Nie nienawidzę jej książek i aż tak nie mieszam ich z błotem, ale dla mnie jest w nich zbyt dużo schematu. Czytałam "Chłopaka za zastępstwo", było spoko, ale bez szału. Tyle.

7. Popularny motyw/wątek, którego masz już dość.
 Tu wyjdzie moje zimne serce. Większość wątków miłosnych. Często są bardzo źle przedstawione, uczucie jest zbyt przesłodzone, przeidealizowane, albo pojawia się znikąd. Oczywiście nie wszędzie tak jest, ale mam z tym duży problem. Nie można przecież całe życie pisać tylko o miłości,a pojawia się ona prawie w każdej książce, często jest jej jedynym wątkiem. Irytujące, szczególnie kiedy jest słabo wykreowana.

8. Popularna seria, której nie chcesz przeczytać.
Cykl Obca Diany Gabaldon (tak to się nazywa według Lubimy Czytać). O miłości, historyczne. Mam coś dopowiadać? A, jeszcze każdy tom to totalna cegła, a jest tego tyle, że można dom zbudować. Czy to się w ogóle już zakończyło, czy autorka dalej pisze? (Sprawdzone podobno ma być 10 tomów)

9. Film lub serial, który podobał ci się bardziej niż książka.
"Gra o tron". Książka jest dobra, ale ciężko mi się ją czytało i nie skończyłam pierwszego tomu. Serial jest o tyle fajny, że jeśli nie kojarzysz jakiegoś imienia, to zapamiętujesz postaci z twarzy i na pewno wszystko ogarniasz. Poza ty według mnie serial jest naprawdę fajnie zrobiony. No i muzyka jest boska. (Co nie zmienia faktu, że serialu nie obejrzałam, zacięłam się na 3 sezonie i nie wiem, kiedy skończę).

 Łoo, udało mi się odpowiedzieć na wszystkie pytania! Mam nadzieję, że tag wam się spodobał i że mój okropny humor nie spłynie na was. Jeśli macie ochotę sami odpowiedzcie na ten tag, siejąc własne ziarna nienawiści do lubianych książek. Może też poczujecie się jak hipsterzy. ;)
Do następnego posta!
Snowflake