czwartek, 11 stycznia 2018

"The end of the f***ing world"


Ostatnio miałam ogromnego pecha z serialami. Zaczęłam „Dark”, ale, choć ciekawe, za wolno się rozwija i po prostu straciłam na to ochotę. Aż w końcu przyszło objawienie, czyli zwiastun nowego serialu Netflixa. Przyznam, że pierwsze co mnie zachęciło to tytuł. Dlatego właśnie kliknęłam. Następnie bohaterowie, muzyka. Nie nakręcałam się na dużo, liczyłam po prostu na dobrą rozrywkę. Dostałam coś o wiele lepszego.


Główny bohater – James uważa, że jest psychopatą. Choć brzmi to kretyńsko ma ku temu powody – by coś poczuć w dzieciństwie spalił sobie rękę we frytkownicy i marzy o morderstwie. Musi tylko znaleźć odpowiednią ofiarę. Wybiera Alyssę, nową dziewczyną w szkole, charakterną buntowniczkę. Udając związek szuka odpowiedniej okazji by ją zabić. 

Głównie przez temperament dziewczyny bohaterowie uciekają z domu. Rozpoczyna to ciąg zdarzeń, przykrych bardziej lub mniej, śmiesznych, przerażających, często niezgodnych z prawem. Jak te młode osoby sobie z tym poradzą?

Po obejrzeniu zwiastunu wydawać się może, że narracja będzie prowadzona jedynie ze strony Jamesa, jednak możemy usłyszeć również myśli Alissy. Podoba mi się ten zabieg, pokazuje, jacy bohaterowie są naprawdę, co kryją pod chamskimi odzywkami czy dziwnymi zachowaniami. Jednocześnie dzięki (między innymi) temu możemy poznać ich z bardziej niewinnej strony osób po przejściach.

Tak, bo zdecydowanie doświadczenia tej dwójki są niemałe. Ich pozy, psychopaty czy buntowniczki pomagają im ukryć się przed światem lecz z czasem przechodzą ogromną przemianę. To właśnie siła tego serialu w tak wyrazistych charakterach potrafi ukryć tak delikatne emocje i przesłanie.

Wielką zaletą serialu jest jego humor. Nawet w najbardziej dramatycznych momentach może stać się coś, co rozładuje napięcie, sprawi, że przez chwilę się zaśmiejesz. Były to żarty, które do mnie trafiły, może czasem po prostu chamskie, ale pasowały do klimaty tego serialu i bohaterów. I mimo wszystko nie przyćmiły całego charakteru wydarzeń i ich przesłania.

Cały sezon obejrzałam w jeden wieczór. Zaczynając przepadłam. Na pewno pomogły w tym krótkie odcinki i ich mała ilość, ale uważam, że akurat z tym trafili w punkt, bo widz nie ma dość, a przeciwnie chce więcej. Poza tym mamy do czynienia z typowymi przygodami, często naciąganymi, ale mimo to śmiesznymi i wciągającymi w stylu takiej amerykańskiej przygody. Osobiście całkowicie przymknęłam oko na to naciąganie oddając się zabawie i oglądaniu. I słuchaniu oczywiście, bo soundrack jest niezwykle klimatyczny i miły dla ucha (radzę przesłuchać, szczególnie fanom starszych, amerykańskich piosenek). 


Podsumowując (krótko, bo nie chcę za dużo zdradzić) „The end of the f***ing world” to serial, który idealnie łączy humor, rozrywkę i przekaz. Kontrastując mocne charaktery z delikatnymi uczuciami bohaterów przekazuje ich niewinność i jeszcze naiwne pojmowanie świata. Serdecznie polecam obejrzeć, bo zdecydowanie wciąga.
Moja ocena – 8/10

Oglądaliście? Macie zamiar obejrzeć? 
Do następnego postu!
Snowflake

2 komentarze:

  1. Powiem Ci, że ciekawi mnie ten serial - a seriali nie lubię, bo:
    1) nie mam na nie czasu, a one pochłaniają go dużo
    2) jestem wybredna i żaden mi się nie podoba ;p
    W każdym razie, brzmi naprawdę ciekawie i nieco kontrowersyjnie, a u mnie to się chwali :D No i jestem ciekawa przekazu, który niesie ze sobą ten serial :)
    Pomijam przyciągającą nazwę :D ;P

    Pozdrawiam, Zjadam Szminkę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli masz ochotę to polecam, 8 odcinków po 20 minut, więc nie pochłania aż tyle czasu. ;)

      Usuń